iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Krótki poradnik na „TRUDNE CHWILE”

Krótki poradnik na „TRUDNE CHWILE”:

1. Usuń wszelkie pokusy:

  • Schowaj papierosy tak, aby nie mieć ich „pod ręką”;
  • Schowaj przedmioty, które mogą Ci się kojarzyć z paleniem (np. popielniczka, zapałki, zapalniczka);

2. Korzystaj z pomocy bliskich:

  • Jeśli to możliwe, porozmawiaj z kimś, komu udało się rzucić palenie;
  • Poproś bliskich, aby Cię wspierali; wytłumacz im powody swojej decyzji oraz uprzedź, że przez kilka pierwszych dni możesz być nieco rozdrażniony;
  • Poproś palących znajomych, żeby nie częstowali Cię papierosem;

3. Przełam codzienną rutynę – pomoże Ci to skoncentrować na czymś uwagę i zapomnieć o paleniu:

  • Pojedź do pracy inną drogą;
  • Możliwie dużo czasu spędzaj w miejscach, gdzie obowiązuje zakaz palenia;
  • Przebywaj dużo na świeżym powietrzu;
  • Znajdź sobie coś „do roboty”, wystrzegaj się bezczynności;

4. Zdrowo się odżywiaj:

  • Pij co najmniej 1,5 litra wody dziennie – pomoże to oczyścić organizm z toksyn;
  • Jeśli dopadnie Cię głód, przegryzaj warzywa i owoce; pomoże też żucie gumy;
  • Ogranicz ilość pitej kawy;

5. Jeśli poczujesz, że musisz zapalić:

  • Zrób kilka głębokich oddechów;
  • Wypij małymi łykami szklankę wody;
  • Posiedź chwilę nieruchomo i przekonaj samego siebie, że chęć zapalenia minie po kilku minutach;

 

Podjełam ważną decyzję - rzucam palenie!

Co jest najważniejsze aby rzucić palenie ? Oczywiście - wytrwałość... Podjełam ważną decyzję - rzucam palenie!

Zapaliłam ostatniego papierosa, obiecując sobie, że na pewno jest to ten ostatni....

Mam świadomość, że kilka najbliższych dni, to będą bardzo ciężkie dni.... W głowie zaczyną się pojawiać się myśli  "rzucę od jutra", "nie rzucę od razu, będę tylko ograniczać".

W takich momentach najważniejsze jest wytrwać w swoim postanowieniu i fakt, aby  nie zapalić.

To będzie ciężka walka, lecz nie jestem w nie sama.

Rzucenie palenia to nie tylko korzyści finansowe, ale przede wszystkim zdrowotne.  Sprawdź, ile zyskujesz: 

Gasisz ostatniego papierosa i…

po 20 minutach – Do normy powracają ciśnienie krwi i tętno. Twoje dłonie i stopy stają się cieplejsze, bo poprawia się krążenie w kończynach.

po 8 godzinach – Do normy powraca poziom tlenu we krwi. Od tego momentu ryzyko wystąpienia ataku serca maleje.

po 24 godzinach – Z organizmu wydalany jest tlenek węgla (tj. czad), a płuca oczyszczają się ze śluzu oraz innych zanieczyszczeń.

po 48 godzinach – Poprawia się powonienie. Znacznie lepiej czujesz wszystkie zapachy.

po 72 godzinach – Rośnie poziom energii. Czujesz, że masz więcej siły do pracy i nie męczysz się tak szybko, jak dotychczas. Ponadto oczyszczają się Twoje oskrzela.

po 2-12 tygodniach – Poprawia się krążenie.

po 3-9 miesiącach – Znacznie się zmniejszają, a z czasem zupełnie zanikają kaszel oraz problemy z oddychaniem. Odetchnij pełną piersią – funkcja Twoich płuc poprawiła się o 5-10 %.

po 5 latach – Ryzyko, że będziesz miał atak serca jest już o mniej więcej połowę niższe, niż gdybyś ciągle palił.

po 10 latach – Ryzyko, że zachorujesz na raka płuc jest już o mniej więcej połowę niższe, niż gdybyś ciągle palił.

Dieta dr Dunkana.

Krótko chciałabym opisac dietę dr Dunkana.

Dietę dr.  Dunkana dzieli się na cztery etapy:

  • faza ataku,
  • faza równomiernego rytmu utraty wagi,
  • faza utrwalenia wagi,
  • faza stabilizacji wagi.

1) W fazie pierwszej fazie ataku nasze menu ograniczamy do produktów bogatych w źródło białka. Pijemy wodę, herbatę, kawę i zioła.

W tym okresie trwającym 1-10 dni można żywić się 8 kategoriami produktów, które można spożywać bez żadnych ograniczeń o każdej porze dnia, produkty można dowolnie ze sobą łączyć, jednak należy bezwzględnie pamiętać o tym, że produkty występujące na liście są dozwolone, jednak te, które na nie nie występują są absolutnie zakazane (przynajmniej w fazie pierwszej):

  • chude mięso: cielęcina, wołowina z wyjątkiem antrykotu, wszystko na gillu lub pieczone w piekarniku bez dodatku tłuszczu;
  • podroby: wątroba, cynadry, ozór cielęcy lub wołowy;
  • wszystkie ryby, tłuste, chude, o białej lub niebieskiej skórze, surowe, pieczone, wędzone lub gotowane;
  • owoce morza (skorupiaki i mięczaki);
  • drób oprócz kaczki i gęsi -  spożywane bez tłustej bez skóry;
  • chuda szynka, chude wędliny indyka, kurczaka lub wieprzowe;
  • jaja;
  • chude produkty nabiałowe;
  • do picia: półtora litra wody z małą zawartością soli mineralnych, napoje  light niegazowane;
  • środki wspomagające: kawa, herbata, herbatki ziołowe (bez cukru lub słodzone słodzikiem), ocet, zioła, przyprawy, korniszony, cytryna, sól i musztarda.

2) W fazie równomiernego rytmu utraty wagi oprócz produktów z fazy pierwszej wprowadzamy wszystkie surowe i gotowane warzywa. Podczas trwania tej fazy stosować naprzemiennie okres protein z warzywami i okres protein bez warzyw, aż do osiągnięcia upragnionej wagi. Podczas trwania tej fazy stosować naprzemiennie okres protein z warzywami i okres protein bez warzyw, aż do osiągnięcia ustalonej wagi.

3) Bardzo ważna jest faza utrwalenia wagi. Czas trwania tej fazy zależy ile kilogramów utraciliśmy. Na każdy kilogram dajemy 10 dni. Jeżeli utraciliśmy 10 kilogramów, to faza utrwalenia wagi powinna trwać 100 dni. Do produktów z poprzednich faz dodajemy ser, 2 kromki pieczywa pełnoziarnistego, udziec jagnięcy lub polędwicę wieprzową. Wykluczamy banany, winogrona i czereśnie.

Podczas trwania fazy “utrwalenie wagi” dwa razy w tygodniu można sobie pofolgować i zjeść na co się ma ochotę  – oczywiście z zachowaniem umiaru.

Jeśli, np. straciłabym 20 kg, powinnam ją stosować przez okres wynoszący 20 razy 10 dni, co stanowi 200 dni, czyli 6 miesięcy i 20 dni, a 10 kg oznacza 100 dni. W ten sposób każdy łatwo obliczy czas dzielący go od ostatecznej stabilizacji. Podczas fazy utrwalania wagi należy jak najściślej stosować się do diety pozwalającej na spożywanie następujących pokarmów:

  • pokarmy proteinowe fazy uderzeniowej;
  • warzywa kuracji równomiernej;
  • jedna porcja owoców dziennie, oprócz bananów, winogron i czereśni;
  • 2 kromki pełnoziarnistego chleba dziennie
  • 40 gramów sera
  • 2 porcje produktów skrobiowych tygodniowo;
  • udziec indyczy lub pieczeń z polędwicy wieprzowej.

Ponadto należy pamiętac o możliwości spożycia obfitego posiłku z ulubionych potraw, ale bezwarunkowo o zastosowaniu przez jeden dzień ścislej diety proteinowej (kuracja uderzeniowa) w tygodniu.

4) Faza ostatnia to stabilizacja wagi. Można powiedzieć, że jest to faza, która powinna trwać zawsze i być naszym sposobem na życie. Zachowujemy wszystkie dobre nawyki żywieniowe z poprzednich faz, a jeden dzień w tygodniu np. środa lub piątek robimy kuracje uderzeniową -  oczywiście tylko same produkty z fazy ataku. Ponadto codziennie jemy 3 łyżeczki otrąb owsianych.

Zaniedbanie tych dwóch zasad, stanowiących jeden z filarów planu Protal, to gwarancja odzyskania całej utraconej wagi w niedalekiej przyszłości i stabilizacja wagi na dłuższy okres.

Moje zmagania z dietą.

Moje ostatnie przemyślenia doprowadziły mnie do stanu w którym teraz się znajduję. Zdecydowałam, że nadszedł czas na pewne zmiany w moim życiu. Rozpoczynam dietę.

Po zapoznaniu się z różnymi dietami (a jest ich naprawdę sporo) wybrałam dietę dr Dunkana.

Wszyscy mówią o diecie Dunkana, francuskiego lekarza, który postanowił pomóc jednemu ze swoich pacjentów w skutecznym odchudzaniu, jednocześnie nie katując go mikroskopijnymi porcjami. Wszyscy już ją przetestowali albo o niej słyszeli i chcieliby spróbować, ale nie wiedzą czy warto i jak się za to zabrać. Te same osoby dziwią się, jak mogłaś nie słyszeć o diecie Dunkana?! Jeśli są wśród was tacy, którym też to nazwisko nic nie mówi, witam w klubie i służę informacją.

W mojej ocenie jest to dosyć dziwna dieta. Zawsze unikałam tzw. diet cud i wybierałam zdrowe, dobrze zbilansowane sposoby żywienia połączone z wysiłkiem fizycznym. Wychodziłam z założenia, że nadwaga to przypadłość, która wynika z niezdrowego stylu życia i trzeba ją leczyć zmieniając właśnie tryb życia, czyli nawyki żywieniowe i sposób spędzania wolnego czasu. Tymczasem dr Dunkan zakazuje mi jedzenia warzyw i owoców, ale pozwala się objadać czerwonym mięsem, jajkami i popijać to wszystko colą light...   

Dieta ma przynieść natychmiastowy i trwały ubytek wagi. Jak dotąd w błyskawicznym tempie został odchudzony mój portfel - łosoś, owoce morza, chuda wołowina, indyk, całe kilogramy nabiału, zgrzewka jajek. Jest to zdecydowanie mniej ekonomiczna dieta niż typowy posiłek złożony z ziemniaków, schabu i surówki albo talerza makaronu z sosem... Przy tym produkty te muszę kupować w gigantycznych ilościach - będą moim jedynym wyżywieniem przez najbliższych pięć dni i mogę je jeść w dowolnych ilościach aż się najem.

Jak przeczytałam w książce „Nie potrafię schudnąć":

„Kuracja składa się z czterech etapów: błyskawiczna utrata kilogramów → łagodne dojście do upragnionej wagi → utrwalenie uzyskanej wagi → ostateczna, długotrwała stabilizacja wagi."

Czas pokaże jakie będą jej efekty.

Eliot Thomas Stearns - Gerontion

 Gerontion

Here I am, an old man in a dry month,

Being read to by a boy, waiting for rain.

I was neither at the hot gates

Nor fought in the warm rain

Nor knee deep in the salt marsh, heaving a cutlass,

Bitten by flies, fought.

My house is a decayed house,

And the jew squats on the window sill, the owner,

Spawned in some estaminet of Antwerp,

Blistered in Brussels, patched and peeled in London.

The goat coughs at night in the field overhead;

Rocks, moss, stonecrop, iron, merds.

The woman keeps the kitchen, makes tea,

Sneezes at evening, poking the peevish gutter.

I an old man,

A dull head among windy spaces.

Signs are taken for wonders. "We would see a sign":

The word within a word, unable to speak a word,

Swaddled with darkness. In the juvescence of the year

Came Christ the tiger

In depraved May, dogwood and chestnut, flowering Judas,

To be eaten, to be divided, to be drunk

Among whispers; by Mr. Silvero

With caressing hands, at Limoges

Who walked all night in the next room;

By Hakagawa, bowing among the Titians;

By Madame de Tornquist, in the dark room

Shifting the candles; Fraulein von Kulp

Who turned in the hall, one hand on the door. Vacant shuttles

Weave the wind. I have no ghosts,

An old man in a draughty house

Under a windy knob.

After such knowledge, what forgiveness? Think now

History has many cunning passages, contrived corridors

And issues, deceives with whispering ambitions,

Guides us by vanities. Think now

She gives when our attention is distracted

And what she gives, gives with such supple confusions

That the giving famishes the craving. Gives too late

What's not believed in, or if still believed,

In memory only, reconsidered passion. Gives too soon

Into weak hands, what's thought can be dispensed with

Till the refusal propagates a fear. Think

Neither fear nor courage saves us. Unnatural vices

Are fathered by our heroism. Virtues

Are forced upon us by our impudent crimes.

These tears are shaken from the wrath-bearing tree.

The tiger springs in the new year. Us he devours. Think at last

We have not reached conclusion, when I

Stiffen in a rented house. Think at last

I have not made this show purposelessly

And it is not by any concitation

Of the backward devils.

I would meet you upon this honestly.

I that was near your heart was removed therefrom

To lose beauty in terror, terror in inquisition.

I have lost my passion: why should I need to keep it

Since what is kept must be adulterated?

I have lost my sight, smell, hearing, taste and touch:

How should I use it for your closer contact?

These with a thousand small deliberations

Protract the profit of their chilled delirium,

Excite the membrane, when the sense has cooled,

With pungent sauces, multiply variety

In a wilderness of mirrors. What will the spider do,

Suspend its operations, will the weevil

Delay? De Bailhache, Fresca, Mrs. Cammel, whirled

Beyond the circuit of the shuddering Bear

In fractured atoms. Gull against the wind, in the windy straits

Of Belle Isle, or running on the Horn,

White feathers in the snow, the Gulf claims,

And an old man driven by the Trades

To a sleepy corner.

Tenants of the house,

Thoughts of a dry brain in a dry season. 

Eliot Thomas Stearns - Burbank with a Baedeker

Burbank with a Baedeker: Bleistein with a Cigar 

Tra-la-la-la-la-la-laire--nil nisi divinum stabile

est; caetera fumus--the gondola stopped, the old

palace was there, how charming its grey and pink--

goats and monkeys, with such hair too!--so the

countess passed on until she came through the

little park, where Niobe presented her with a

cabinet, and so departed.

 

Burbank crossed a little bridge

Descending at a small hotel;

Princess Volupine arrived,

They were together, and he fell.

Defunctive music under sea

Passed seaward with the passing bell

Slowly: the God Hercules

Had left him, that had loved him well.

The horses, under the axletree

Beat up the dawn from Istria

With even feet. Her shuttered barge

Burned on the water all the day.

But this or such was Bleistein's way:

A saggy bending of the knees

And elbows, with the palms turned out,

Chicago Semite Viennese.

A lustreless protrusive eye

Stares from the protozoic slime

At a perspective of Canaletto.

The smoky candle end of time

Declines. On the Rialto once.

The rats are underneath the piles.

The jew is underneath the lot.

Money in furs. The boatman smiles,

Princess Volupine extends

A meagre, blue-nailed, phthisic hand

To climb the waterstair. Lights, lights,

She entertains Sir Ferdinand

Klein. Who clipped the lion's wings

And flea'd his rump and pared his claws?

Thought Burbank, meditating on

Time's ruins, and the seven laws.

Eliot Thomas Stearns

T. S. Eliot - Burbank with a Baedeker: Bleistein with a Cigar


 

Tra-la-la-la-la-la-laire--nil nisi divinum stabile

est; caetera fumus--the gondola stopped, the old

palace was there, how charming its grey and pink--

goats and monkeys, with such hair too!--so the

countess passed on until she came through the

little park, where Niobe presented her with a

cabinet, and so departed.

 

Burbank crossed a little bridge

Descending at a small hotel;

Princess Volupine arrived,

They were together, and he fell.

Defunctive music under sea

Passed seaward with the passing bell

Slowly: the God Hercules

Had left him, that had loved him well.

The horses, under the axletree

Beat up the dawn from Istria

With even feet. Her shuttered barge

Burned on the water all the day.

But this or such was Bleistein's way:

A saggy bending of the knees

And elbows, with the palms turned out,

Chicago Semite Viennese.

A lustreless protrusive eye

Stares from the protozoic slime

At a perspective of Canaletto.

The smoky candle end of time

Declines. On the Rialto once.

The rats are underneath the piles.

The jew is underneath the lot.

Money in furs. The boatman smiles,

Princess Volupine extends

A meagre, blue-nailed, phthisic hand

To climb the waterstair. Lights, lights,

She entertains Sir Ferdinand

Klein. Who clipped the lion's wings

And flea'd his rump and pared his claws?

Thought Burbank, meditating on

Time's ruins, and the seven laws.

Eliot Thomas Stearns - Animula

Animula

 

"Z ręki Boga wychodzi oto zwykła dusza"

Na równiny ziemi, gdzie odmiany światła i zgiełku,

W jasnośc i ciemnośc, chłód i żar, w wilgoc i suszę;

Rusza między nogi stolików i krzeseł,

Podnosi się i pada, chciwa igraszek i pieszczot,

Śmiało rzuca się naprzód i nagle strwożona

Chroni się za wspartą na kolanie dłonią,

Znów doznaje spokoju i odczuwa radośc

Z choinki co jaśnieje świateł aromatem,

Z wiatru i blasku słońca i morza;

Rozważa słoneczne wzory na posadzce

I jelenie co wokół srebrnej tacy skaczą:

Myli rzeczywiste i zmyślone,

Wierzy w karty, w królowe i królów,

W wyroki wróżek, nianiek opowieści.

Ciężkie brzemię, co dzień cięższe,

Dzień po dniu rani i dręczy;

Tydzień po tygodniu mocniej rani i udręcza

Imperatywem tego czym "złuda i realnośc",

Ułudne i prawdziwe, pragnienie i rygor.

Ból istnienia i snów narkotyki

Skręcają duszyczkę na ławce wykusza

 

Gdzie Encyclopaedia Britannica.

Z ręki czasu wychodzi oto zwykła dusza,

Samolubna, lękliwa, ułomna, bez siły,

Niezdolna do ataku, ani do odwrotu,

Strwożona żarem jawy, nie ufa dobroci,

Krwi natręctwu zaprzecza,

Cień własnego cienia, widmo we własnym mroku,

Zostawia bezładne kartki w gabinetu pyle;

Po raz pierwszy w ciszy - po wiatyku - żyje.

 

Módl się za Guierrieza, chciwego szybkości i potęgi,

Za Boudina, rozdartego w strzępy,

Za tego, który zrobił fortunę wielką,

Za tego, który znalazł własną drogę.

Za Floreta, co wśród cisów przez psy rozszarpany,

Módl się za nas dziś i w godzinę naszych narodzin.

Eliot Thomas Stearns - 4Mr. Eliot´s Sunday Morning Service

4Mr. Eliot´s Sunday Morning Service 

Look, look, master, here comes two religions

caterpillars.

The Jew of Malta.

 

Polyphiloprogenitive

The sapient sutlers of the Lord

Drift across the window-panes.

In the beginning was the Word.

In the beginning was the Word.

Superfetation of [Greek text inserted here],

And at the mensual turn of time

Produced enervate Origen.

A painter of the Umbrian school

Designed upon a gesso ground

The nimbus of the Baptized God.

The wilderness is cracked and browned

But through the water pale and thin

Still shine the unoffending feet

And there above the painter set

The Father and the Paraclete.

. . . . .

The sable presbyters approach

The avenue of penitence;

The young are red and pustular

Clutching piaculative pence.

Under the penitential gates

Sustained by staring Seraphim

Where the souls of the devout

Burn invisible and dim.

Along the garden-wall the bees

With hairy bellies pass between

The staminate and pistilate,

Blest office of the epicene.

Sweeney shifts from ham to ham

Stirring the water in his bath.

The masters of the subtle schools

Are controversial, polymath.

Eliot Thomas Stearns - A Cooking Egg

A Cooking Egg

 

En l'an trentiesme de mon aage

Que toutes mes hontes j'ay beucs ...

 

Pipit sate upright in her chair

Some distance from where I was sitting;

Views of the Oxford Colleges

Lay on the table, with the knitting.

Daguerreotypes and silhouettes,

Her grandfather and great great aunts,

Supported on the mantelpiece

An Invitation to the Dance.

. . . . . .

I shall not want Honour in Heaven

For I shall meet Sir Philip Sidney

And have talk with Coriolanus

And other heroes of that kidney.

I shall not want Capital in Heaven

For I shall meet Sir Alfred Mond:

We two shall lie together, lapt

In a five per cent Exchequer Bond.

I shall not want Society in Heaven,

Lucretia Borgia shall be my Bride;

Her anecdotes will be more amusing

Than Pipit's experience could provide.

I shall not want Pipit in Heaven:

Madame Blavatsky will instruct me

In the Seven Sacred Trances;

Piccarda de Donati will conduct me ...

. . . . . .

But where is the penny world I bought

To eat with Pipit behind the screen?

The red-eyed scavengers are creeping

From Kentish Town and Golder's Green;

Where are the eagles and the trumpets?

Buried beneath some snow-deep Alps.

Over buttered scones and crumpets

Weeping, weeping multitudes

Droop in a hundred A.B.C.'s

 
Eliot Thomas Stearns - Podróż Trzech Króli

Podróż Trzech Króli 

Mroźna to była wyprawa,
W najgorszą porę roku
Na podróż, i to tak długą podróż:
Drogi trudne i ostry wiatr,
Najsroższy to czas zimy.
A wielbłądy w otarciach, kulejące, oporne,
Leżą w topniejącym śniegu.
Żałowaliśmy czasem
Tych letnich pałaców na stokach wzgóż, tarasów,
Jedwabistych dziewcząt z sorbetem.
Poganiacze wielbłądów klną, mruczą
I uciekają, i pragną swych trunków i kobiet,
I gasną nocne ogniska, i nie ma schronienia,
I miasta wrogie i nieprzyjazne osiedla
I wsie, choć brudne, biorą wysokie opłaty:
Ciężka była wyprawa.
W końcu woleliśmy iść przez całą noc,
Sypiać byle jak,
Z głosami brzmiącymi w uszach, mówiącymi,
Że to było głupie.

O świcie zeszliśmy do łagodnej doliny,
Mokro, niżej śniegu i zapach roślinności;
A tam płynący strumień i wodny młyn biją w ciemność,
Trzy drzewa na niskim niebie,
Stary siwy koń galopujący po łące.

Dotarliśmy do tawerny z liśćmi wina nad progiem,
Sześć dłoni w drzwiach otwartych gra o srebrniki w kości,
Nogi kopią puste bukłaki.
Ale nie było żadnych wieści, więc szliśmy dalej,
By przybyć wieczorem, w porę nie za wczesną
Znaleźć miejsce; to było (można rzec) pokutnicze.

Wszystko to było dawno temu, pamiętam,
Zrobiłbym to znów, ale ustalmy
To, ustalmy
To: wiodła nas ta droga do
Narodzin czy Śmierci? Narodziny,
To pewne, były. Widziałem narodziny i śmierć,
Myślałem, że się róznią; Narodziny
To ciężka i gorzka agonia, jak Śmierć, nasza śmierć.

Wróciliśmy do naszych krain, tych Królestw,
Ale teraz nie żyje się tutaj tak łatwo, jak kiedyś,
Pośród obcych ludów i ich bogów.
Powinienem chcieć innej śmierci.
Eliot Thomas Stearns - Jałowa ziemia - Grzebanie umarłych

Jałowa ziemia - Grzebanie umarłych

 
1.Grzebanie umarłych

Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień. Wywodzi
Z nieżywej ziemi łodygi bzu, miesza
Pamięć i pożądanie, podnieca
Gnuśne korzenie sypiąc ciepły deszcz.
Zima nas otulała i kryła
Ziemię śniegiem łaskawym, karmiła
Maleńkie życie strawą suchych kłączy.
Zaskoczyło nas lato, idąc nad Starnbergersee
Rzęsistym deszczem. Chwila pod kolumnadą
I wyszliśmy na blask słoneczny, do Hofgarten,
Piliśmy kawę i rozmawiali godzinę.
Bin gar keine Russin, stamm’ aus Litauen, echt deutsch.
Kiedy byliśmy dziećmi, w domu arcyksięcia,
Mego kuzyna, brał mnie na saneczki,
A ja się bałam. Mówił tak: Marie,
Trzymaj się, Marie. Pędziliśmy w dół.
O, w górach człowiek czuje się swobodny
Czytam nocami, w zimie jadę na południe.

Jakie korzenie tu tkwią, jakie gałęzie rosną
Z tych kamiennych rumowisk? O synu człowieka,
Rzec nie potrafisz ni zgadnąć, bo ty znasz jedynie
Stos pokruszonych obrazów, i słońce tam pali,
I martwe drzewo nie daje schronienia, ulgi świerszcz,
Ni suchy kamień dźwięku wody. Cień
Jest tylko tam, pod czerwoną skałą
(Wejdźże w ten cień pod czerwoną skałą).
Ja pokażę ci coś, co różni się tak samo
Od twego cienia, który rankiem podąża za tobą
I od cienia, który wieczorem wstaje na twoje spotkanie.
Pokażę ci strach w garstce popiołu.
Frisch weht der Wind
Der Heimat zu,
Mein Irisch Kind,
Wo weilest du?

„Dałeś mi hiacynty rok temu pierwszy raz.
Nazywano mnie hiacyntową dziewczyną.”
– Ale gdy wracaliśmy, późno, z Hiacyntowego Ogrodu
I miałaś pełne ręce, mokre włosy, ja nie mogłem już
Mówić i ćmiło mi się w oczach, i nie byłem
Żywy ani umarły. Nie wiedziałem nic,
Zapatrzony w serce światła, w ciszę.
Oed’ und leer das Meer.

Madame Sosostris, słynna jasnowidząca,
Była dzisiaj przeziębiona, niemniej jednak
Jest znana jako najmądrzejsza z kobiet w Europie,
Z tą chytrą talią kart. Tutaj, powiada,
Jest pańska karta, utopiony Żeglarz Fenicki,
(Gdzie były oczy, perła lśni. Patrz!)
Tutaj jest Belladonna, Dama Skał,
Dama okoliczność.
Tutaj jest człowiek z trzema pałkami, a tu Koło,
A tutaj jednooki handlarz, a ta karta,
Która jest pusta, oznacza coś, co niesie na plecach,
Czego mi widzieć nie wolno. Nie znajduję
Wisielca. Zagraża tobie śmierć w wodzie.
I widzę tłumy ludzi, jak chodzą w kółko, w kółko.
Dziękuję. Gdyby pan widział kochaną Equitone,
Proszę powiedzieć, że horoskop ja sama przyniosę:
Musimy być w tych czasach tak ostrożni.

Nierzeczywiste Miasto,
Pod mgłą brunatną zimowego świtu
Tłum płynął po Moście Londyńskim, tak wielu,
Nie myślałem, że śmierć zniszczyła tak wielu.
Westchnienia, krótkie i nieczęste, rwały się im z ust,
Każdy oczy obracał w dół, do mokrych płyt,
Płynęli w dół i w górę po King William Street,
Aż tam, gdzie Święta Maria Woolnoth wybija godziny
Z dziewiątym uderzeniem, co ma głuchy dźwięk.
Tam zobaczyłem kogoś, kogo znałem,
I zatrzymałem go wołając: „Stetson!
We flocie razem byliśmy pod Mylae!
Ten trup, którego zasadziłeś zeszłego roku w ogrodzie,
Czy zaczął już kiełkować? W tym roku czy będzie kwitł?
Przymrozek nie zaszkodził? Dobrą ma kwaterę?
Och, trzymaj psa z daleka, to przyjaciel ludzi,
Bo grzebiąc, znowu na wierzch go wyrzuci!
Ty! Hypocrite lecteur! ... mon semblable! ...mon frere!”

Antoni Large

Absynt

 

 

Idź ty, nędzarzu, nad żywe Paktole,

Gdzie Absynt w strugi wytryska płomienne!

Ich moc letejska wszystkie twe niedole

Pchnie w swych opałów przepaści bezdenne.

Ty, cos ogromem trudu równy pszczole,

Którego ramię od młota brzemienne,

Któremu gorzki spływa pot po czole,

Idź i pij absynt! W jego czarów kole

Zapomnisz życie swe nędzą brzemienne

I wszystkie dni twych rzeczywistych zgrozy,

I rozczarowań jęki bezimienne!

Ogniem ci swoim stopi wszystkie mrozy

Absynt nad wszystkie wyższy alkohole!


Idź i pij absynt! Gryzące cię bole

Uciekną przed nim jako mary senne...

On cię wywiedzie na swobodne pole,

Gdzie na lazurach słońce lśni wiosenne;

On twoje skrzydła rozwinie sokole,

I nad twe żądze ulecisz codzienne

I, niewolniku, ty - roboczy wole -

Poczujesz nagle na tym łez padole,

Żeś jest mocarzem, któremu są lenne

Wszystkie stolice, wszystkich wojsk obozy

I wszystkich królów zamki złotościenne...

W boskie uniesie cię metamorfozy

Absynt nad wszystkie wyższy alkohole!

Idź i pij absynt! W jego strug żywiole

Rzeczywistości przemienisz gehennę

W świat, gdzie się złote śmieją Neapole

I gdzie powietrze słońc rozkoszą tlenne!


Na skroni ujrzysz jasną aureolę;Helota - mury połamiesz więzienne

I wszystkich kajdan zburzysz Akropole;

Nędzarz - obaczysz w sakwie swej obole;

Łachman ci w szaty błyśnie drogocenne,

Zbudzony z mroku, nagle wszystkie grozy

Wszechwiedzy poznasz. Zmieni cię w promienne

Bóstwo, odziane w blask apoteozy,

Absynt nad wszystkie wyższy alkohole!

Więc idź, rozpaczy dziki apostole!

Pij absynt! Wstaniesz jak bóg pełen grozy -

Na górze będzie, co było na dole:

Dłoniom twym moce nada sturamienne

Absynt nad wszystkie wyższy alkohole!


Gdziekolwiek jesteś, chciałbyś odejść precz,

Aby gdzie indziej być tej samej chwili,

Rojąc, że w jutrznię los twój się przechyli

Na innym miejscu... To codzienna rzecz!...

Antoni Large

*** [Chciałbym być...]

Chciałbym być świeżym porannym tchnieniem

                                      Wietrzyka,
Co twoje piersi wiosny pragnieniem
                                      Przenika.
Chciałbym być słońcem, co cię ogrzewa,
                                      W szat bieli.
Chciałbym być taką, co cię oblewa
                                      W kąpieli.
Chciałbym tą cząstką wybraną zostać
                                      Przestworza,
Które obleka białą twą postać
                                      Jak zorza.
Chciałbym być okiem twym — i uśmiechem
                                      Twym smętnym;
Falą twych włosów — piersi oddechem,
                                      Krwi tętnem.
Chciałbym być dumań twych marzycielskich
                                      Przędziwem.
Uczuć twych żarem — piersi twych sielskich
                                      Ogniwem.
Chciałbym się całą mą przeobłoczyć
                                      Osobą
W tobie — i z tobą byt mój zjednoczyć:
                                      Być tobą!


  • *** [Możem...]

    Możem Cię nigdy nie kochał tak szczerze...
    Jak dziś, gdy jestem od ciebie daleki,
    Kiedy nas dzielą i góry i rzeki...
    W sercu mym bóstwo jakieś ciebie strzeże.

    Jeżeli ludzie mogą się z oddali
    Porozumiewać - a wierzę, że mogą
    I że do ciebie powietrznianą drogą
    Dochodzi głos mój, co się niemo żali:

    To ty mnie słyszysz... Słyszysz moje skargi
    Przeczuwasz boleść, co mą duszę tłoczy -
    I wiesz, jak głodne twych oczu me oczy,
    I wiesz, jak głodne twoich warg me wargi.

    Oczekiwałem na dobra bezcenne
    I dla nich wszystkie znosiłem ciężary;
    Lecz nie ujrzałem wcielenia swej mary,
    Ujrzałem wydmy i głazy kamienne.

    Po złotych zorzach moje serce płacze -
    I słyszę ciebie - z oddalenia słyszę -
    I rzucam okrzyk w tę przestworną ciszę:
    Przebaczam wszystkim - sobie nie przebaczę!

    Jesteś jak bóstwo niewidzialne,
    W którego istność duch pobożny wierzy,
    Ale go z ziemskich nie dojrzy wybrzeży,
    Chyba na jakieś mgnienie pożegnalne.

    A kto te oczy widział

    A kto te oczy widział - zapomnieć nie może!

    O fale - skąd wy macie taki blask zielony,
    Jak ten, co lśnił w jej oczach - zielonych jak morze?

    O fale - skąd wy macie tych iskier miliony,
    Jak byście w sobie złotą rozpryskały zorzę?

    O fale - skąd wy macie te ognie promienne,
    Którymi się iskrzyły jej oczy płomienne?

    A kto te oczy widział- zapomnieć nie może!

    Ach, nie! To nie są fale! Nie - to są jej oczy -
    Ale tam - ja widziałem niegdyś wielkie morze!

    Był to ocean dziwny - bezdenny - przeźroczy -
    A w głębi swej krył tajnie - nieskończenie boże -

    I miał wichry szalone - i cisze zaklęte -
    I miał wielką przeźroczystość - i zagadki święte.

    A kto te oczy widział - zapomnieć nie może!

    O fale! czy z jej oczu macie ten zielony
    Blask - i te iskry ogniowe - jak promienne zorze?

    O fale! czy wam o niej śpiewają trytony -
    Czy nimfy złote wieńce jej niosą w pokorze?

    A kto te oczy widział - zapomnieć nie może!

    O fale nieskończone! niezgłębione fale!
    Czemu płyniecie w dale - bezpowrotne fale?

     

 

Zygmunt Krasiński

Psalmy Przyszłości: Psalm Żalu


 

Psalm następny z następnego powodu: Przeciw trzem poprzedzającym, a szczególniej trzeciemu, zaraz po ich ukazaniu się, zatem na niemały czas jeszcze przed bezbożnej pamięci miesiącem lutym 1846 r.- napisano pieśń w podobnym ich kształtowi kształcie. -Ta pieśń w rękopiśmie, jedna z przedziwności języka polskiego, brzmiąca cudownymi dźwięki, a głębokiego mistycyzmu piętnem naznaczona, wyobrazicielką niektórych dążności i myśli, krążących po widnokręgach umysłowych Epoki naszej. - Jeden ją wybrzmiał z piersi swych - ale po wielu piersiach drzemią zawarte w niej tchnienia. -Nie sposób jej tu w całości wydać, bo imię wieszcza, który ją wyśpiewał, i wola jego o niej - nie znanymi. Pokrótce więc tylko treść w niej leżących zarzutów i pomysłów się opisze. -Teć albowiem nie tylko są jednego wyłączną, rzeczywistą, ale zarazem pewnej liczby drugich wspólną, idealną własnością. -Kształtu się nie przywodzi - ideę tylko się podaje!

Pieśń owa w uroczych a ironijnych strofach zaczyna od zarzucania Psalmowi miłości przeczuć zupełnie fałszywych i bojaźni niczym nie usprawiedliwionej przed pewnymi, wypaść mogącymi klęskami - i zapowiada absolutnym twierdzeniem, że nigdy nic podobnego na ziemi polskiej się nie zdarzy. - Dalej, szydząc, utrzymuje, że chyba upiory snuły się wieczorem po drodze zadumanego szlachcica i plemion dawno zmarłych po księżycu mgliły się kurhany - lub też nad zasypiającymi oczyma poblysk padł od czerwonych kotary firanek - stąd krwi widzenie, stąd strach złowieszczy, bo "Ktoż, gdzie i kiedy nożem zagroził lub stanął ci sporem?" - Próżne mary -wcale ni mord, ni rzeź -ale z wieńca kwietnianego nadpowietrznych duchów obrywające się postaci, przelatujące w przestrzeniach -"a ty zląkł się, syn szlachecki".

Po takowym wstępie pieśń przechodzi do ocenienia stanowiska całej szlachty polskiej -przyznając, że jej niegdyś było ze sto tysięcy, ma ją teraz za zupełnie już nie istniejącą i oświadcza, że wcale i nigdzie "jej nie ma" - że w głębiach czasu gotuje się wichrowy płomień, co, wybuchnąwszy, zgasi i zdmuchnie jak świecę wszelkiego szlachty onej przypomniciela. - Przyjdą światła jakieś Boże, widzialne, śród burz apokaliptycznych pałające - i rzucą się na lud, i popchną go - a stąd cudowne powstaną strachy i przerażenia, żywe jakoby Śmierci, przechadzające się po ziemi -a w nich i z nimi będzie Duch!

"Słaby ,mówisz,rzeź wybiera; a czy wiesz, co on, ten Duch, wybierze?" - Po tym zapytaniu pieśń, Jehowicznym wzbierając natchnieniem - głosi, że zapewnię Duch on młody wybierze za środek wcielenia się swego -ludów zatracenie -z wichrów, komet i płomieni okropne odmęty, w których króle drżą, matki ronią, ziemia się rozpada i gruzy po gruzach tylko chłonie - aż onych zwalisk wszystkich korzysta Duch - którego definicja, że jest "wiecznym rewolucjonistą".

Nad tak w pył i popiół rozsypanym światem nowa zorza unosi się w górze - a pod jej blaskami, w jakichciś smętnych przestworach zatracenia, jęczy przeszłość historyczna kraju. - Nieskończone westchnienie słychać z tej otchłani ojczystych dziejów; ale ponad nią wszechwładny Duch "uciska, mroczy i błyska", aż stopniowymi uciski uzupełni nowego Boga i wiek absolutnie nowy.

Po takich przejściach kończy pieśń modlitwa gorąca i uroczystą o rychłe ziszczenie się dopiero co wyżej przytoczonych obrazów, z najmisterniejszą sztuką odmalowanych!

Na takiej treści wieszczby - odpowiedzią następny Psalm.

Zygmunt Krasiński

I

Więc strach, mówisz, mówił ze mnie,

Gdym przeczuwał, że się w Ciemnie

Zasuwamy, a nie w Zorzę -

I że Lud się zhańbi może!

Prawdę mówisz - pewnym męstwem

Ja się nigdy nie pochlubię -

Ja przed bliźnich drżę męczeństwem -

W otchłań spychać - ja nie lubię -

Gdzie brud ujrzę - wnet mi serce

Jakaś bojaźń chwyta Boża -

Braćmi nie są mi morderce -

Szablę kocham - wstyd mi noża!

Jakbym zląkł się - na stolicy

Z gwiazd i tęcz Bogarodzicy,

Widnej w widzeń błyskawicy,

A mówiącej sprośne słowa -

- Sam by zląkł się i Jehowa! -

Tak się lękam i truchleję,

Kiedy w polskie spaść ma dzieje

Mord i srom!...

Lepszy grom!

Zmartwychwstaje się spod gromu -

Nie zmartwychwstaje spod sromu!

Tyś odważny - ja się boję

Kazirodczych ran!

Bojaźń moją - męstwo twoje

Niech osądzi Pan!

 

*

Więc gdy padać miały trupy

Twych nieszczęsnych braci -

Gdy z nich mieli zdzierać łupy

Chłopi - Żydzi - kaci -

Kiedy ziarno, siane w śmieci

Od wersalskich dzieci,

Zdradą miało zejść niemiecką -

Więc i ty, jak dziecko,

W bańce własnych siedząc marzeń,

Nie przeczułeś zdarzeń?

Nie wcieliłeś się w to ciało,

Co tak cierpieć miało!

Ach! nie wziąłeś ran - przed ciosem -

W pierś twą magnetycznie -

Aleś jednym wciąż piał głosem

Tylko fantastycznie!

Wzrokeś wlepił w twe niebiosa -

Ukraińska kosa

Na nich Krzyżem wybawienia -

Wkoło błyskawice -

Z światła cepy i kłonice -

I wichry z płomienia!

A w otchłaniach, gdzieści w dole,

Z przekleństwem na czole

Polska Szlachta, polskie Pany -

Czyściec z świata zwiany,

Jak smętne bałwany,

Czarne fale - siwe piany,

W burzliwą noc! -

Tam Zborowskich ścięte głowy,

Topór i kloc! -

Płacz bez końca - zgrzyt echowy

Miłość -chwała -

Przeszłość cała,

Rozdeptana przez wiek nowy!

 

*

O mój wieszczu, stój!

Oto jutro rano

Na powstański bój

Polskie Pany wstaną!

Szlachta - której nié ma -

Bohatyrściej niźli kiedy

Wyzwie Trój-Olbrzyma!

Lecz z twych niebios spadną wtedy

Twoje tajemnice -

Cepy i kłonice -

Twój, oj! spadnie cud!

I tych Polski namiestników

Za kilka srebrników

Twój rozsieka Lud!

I strun twoich granie

Zagłuszy wrzask mordu!

I nic nie zostanie

Z twojego akordu! -

 

*

Bodajbyś, wieszczu, był wieszczył prawdziwie!

Bodajbym, zdjęty przerażenia dreszczem,

Był kłamcą tylko - ty natchnionym wieszczem -

I plam nie było na ojczystej niwie!

Bodajby Polska nie rozdarta -cała -

Tak jak się czuła dniem przed rzezią jeszcze,

Pieśni twe, wieszczu, uwielbiała wieszcze,

A z moich marnych na gardło się śmiała! -

Bodajbym nawet - zapozwan przed sądem

Za potwarz moją na Lud nieskalany,

Co żadnej hańby nie owrzodział trądem,

Usłyszał wyrok: na śmierć lub kajdany!

I ty w tryumfie stał z harfą twą złotą -

Urągający - i pytał: "A co to?" -

I mnie prowadził aż do rusztowania

Śród przekleństw gminu - co tobie się kłania

I milionowym dziękuje poklaskiem,

Żeś odgadł światła wschód czysty - przed brzaskiem. -

Szlibyśmy oba - i szczęśliwsi oba -

Ty chwałą własną - ja Polski zbawieniem -

Bo i mnie, wieszczu, wciąż śni się ta doba -

Lecz wiem, że wściekłość -nie jest zduchownieniem -

Lecz wiem, że wszelka zwycięstwa godzina

Bić w sercu Boga nad światem zaczyna,

Nim tu narodom na świecie uderzy! -

Więc przed Nim stanąć narody wprzód muszą

Nie z rykiem zwierząt - lecz z anielską duszą -

Lud tylko święty - Królestwo odzierzy!

Przemień go - przemień w Króla i Kapłana -

Lecz zanim jeszcze nie przekrólewszczony,

Nie klękaj przed nim - nie kładź mu korony -

Lecz ufaj w szlachtę polską - i moc Pana! -

 

*

Ależ, wieszczu - boś ty wiary

Dni zaprzeszłych - tyś wieszcz stary!

Cóż o Duchu ci się śni?

Duch twój wiecznie grzmi w twej pieśni

Jak pogański Jowisz jaki -

Lub kataklizm śród natury,

Co świat chwyta na tortury -

To indyjskich bóstw oznaki!

Duchże twój - Inkwizytorem?

Lub wandalskich dni upiorem,

Co powtórzyć ma do joty

Historycznych kręgów zwroty

I z postępów wynieść tyła

Tylko tyle, co Atyla?

Duch twój tylkoż myślą czystą,

A nie życiem istnym, szczerem?

Tylko rewolucjonistą,

Tylko Robespierem?

 

Filozofią - a bez serca?

Kościotrupem - a bez skóry?

O! tyś ducha jest oszczerca -

Bo go nie znasz - tylko chmury,

Co go kryją, widzisz mgliste,

A nie światło jego czyste,

A nie kształty powietrzniane,

A me ruchy przefaliste -

Te ci dotąd są nie znane!

 

*

Ciało jest konserwatorem,

Dusza - wieczną buntownicą -

I do siebie stoją sporem -

Im pogody nie zaświécą -

Im nie ma pokoju -

Odkąd rajski wąż

Pchnął je do rozstroju,

Dusze z ciałmi nad otchłanią

Pasują się i ranią

Bratobójczo wciąż!

Ach! idee - i zwierzęta -

Anielice - i tygrysy!

I w tej walce bywa snadnie,

Że gdy ludzkie rysy

Idea pokładnie,

Wnet i w Bogu ta poczęta

Oszaleje!

I jej dzieje

Na tej ziemi

Szkaradnemi!

Potok krwi czerwony

Przez wszystkie Ojczyzny!

Gwałty i wścieklizny,

Upadki i zgony.

Wieńce kwitną dziś wawrzynem -

Jutro z nich ciernia korony -

Każden starzec-wiek strącony

Przez wiek drugi, co mu synem;

I ojcobójstwami

Ciągnie się i plami

Płynący Czas!

Któż zbawi nas?

Kto z żywiołów kłótni,

Z bitwy miejsc i lat

Harmonią wylutni,

Rytmu stworzy świat?

Ten, w kim głębie życia górą,

Co nie duszą, w lekkość chorą,

Ani ciałem, w ciężar chórem -

Ten, co trzecim idzie torem -

W kim ciał i dusz wspólny ruch,

Ten, który - tryumfatorem -

Święty Duch! -

Lecz on płynie - a nie skacze,

Lecz on wschodzi - a nie spada -

Ziemia pod nim krwią nie płacze -

On nie woła: "Biada!"

Arcyświata w nim potęgi -

On zapełnia widnokręgi

Niewidzialnie - a błękitem -

Ned niziną i gór szczytem

Równo promienieje. -

Rankiem budzi

Sennych ludzi

Na nadzieję!

I do ciemnej zbieży studni,

By wysrebrzał cień -

Aż się ranek wypołudni

W bieluteńki dzień! -

 

II

Moc Jehowy - nie gniew -

Zlana z myślą Chrysta

W jeden wiew!

Iskra wiekuista,

Wiew bez końca,

Wskroś przez ziemie - słońca

I oddech ten

Tak jak sen -

I przepływa,

I porywa,

I ciągnie za sobą

Okryte żałobą

Wszystkie wieki,

Jak kaleki,

Jak trupów rząd!

Gwar - jęk - i szum -

Wlecze się tłum: -

Będzie sąd! -

 

*

Oto w dole

Jozafackie pole -

Jednej trumny wieko

Niebios dach!

Łzy wiekom z ócz cieką -

Wiekom strach!

A wszędzie w krąg

Widm krwawych ciąg -

Przeszłości wspomnienia,

Jak zmory chodzące,

Miecz potrząsające

Jak anioły, gońce

Zatracenia!

 

*

Do kata-anioła

Każden z wieków woła:

"Zlituj się nade mną! -

Gdzież zbawień świat?"

A anioł-kat:

"Precz w otchłań podziemną,

Boś żył nadaremno -

Bo z wieki innymi,

Braćmi twymi,

Tyś nie zbratan -

Ja cię znam -

Jam jest: - Ty sam -

A twój Szatan!"

 

*

W bezmocy,

Śród nocy

Wiek po wieku stęka -

Obalon, przyklęka -

Leje się żar

Zgryzotnych kar -

Duszni i cieleśni

W krwi i pleśni -

Przepaść tuż!

A Anioły w górze;

Jak burze,

Strącające już!

Nad dołem

Drżą potępieni!-

By nie paść

W tę przepaść,

Wspierają się społem!

Jak łańcuch z pierścieni,

Łono na łonie -

- I zetknięte dłonie -

Twarze obok twarzy -

Miłość się im marzy

Przy zgonie! -

 

*

Aż z męczarń doliny

Krzyż jeden, jedyny

Ziemskich wieków wstanie:

"W piersiach nam, o Panie,

Twoje strzały tkwią!

My piekielni,

Pókiśmy rozdzielni -

Ale biedni,

Gdyśmy w jedni;

Twąśmy krwią,

Twym obrazem!

Miej, o Panie,

Zmiłowanie -

Już my razem!" -

 

*

A gdy tak jęczą,

Od ich skruch

Niebo spłonie tęczą,

Głos im wpadnie w słuch:

"Oto idzie Duch!"

I ujrzą w przestrzeni

Zstępujący grom -

Świat się przepromieni

W diamentowy dom!

Potępionych wieków ile,

Spada gromów tyle!

Wiek każden w piorunie,

Na złocistej łunie,

Co go niesie w dal! -

On się pali,

Przepostacia -

Jak na morzu z fal,

Przepostacieni

Idą w mgle z promieni,

A wszyscy jak bracia!

Oto z gwiazd korona,

Na czasie niesiona -

Ludzkości to wieca!

I Przeszłość zbawiona,

I Przyszłość zaświeca!

 

*

Znów po wszem lazurze

Stworzenny wiew -

Słychać w dole -w górze -

Anielski śpiew:

"Chwała z wieków w wiek,

Bo stał się sąd!

Łez krwawych ściek

Zmienion w światła prąd!

Z dni starych grzech

Już zwian jak puch -

I wlał w Duchy dech

Wiekuisty Duch -

I objął rząd." .

 

 

III

Stój, o wieszczu, w takiej wierze -

Ni mów, że ty nie wiesz jeszcze

To, co Duch wybierze! -

Tak nie mówią Boży wieszcze!

- Ze świętości Duch jednolit -

Ni mongolskich bieży,

Ni czerwonych Rzeczpospolit

W swe cuda nie wliczy!

Wolna tylko ludzka wola,

Gdy zła i nieszczera,

Taki tor obiera

I nim ziemskie brudzi pola!

Bo tak wolna, że aż zdolna

Drogi Boże same

Przepiekielnić w zguby jamę!

Bo tak wolna, że aż zdolna

W imieniu braterstwa

Rozsiewać morderstwa -

W imieniu nadziei

Świat wytrącić z swych kolei,

By bez wstępnych sił

Zśliznął się po wiekach w tył!

Wie, że kłamie - a wciąż kłamie -

Obłuda -jej znamię!

I toć straszna wina,

Co ni Ojca, ani Syna,

Lecz dotyka Ducha!

I tej winy nie zmaże

Żaden ból ni skrucha,

Ni żadne cmentarze!

Ach! nie tylko wiek przeszłości

Faryzejskie rodzi dusze -

Za dni naszych i przyszłości

Są faryzeusze!

 

*

Powtarzacie: "Chryste! Chryste!",

A nie macie w sercu Jego -

Jakżeż Ducha wam świętego

Przejąć dobro wiekuiste?

Z was się każden nad odłogiem

Własnej próżni wspina Bogiem

Na paluszkach wzdętej pychy! -

I tak wy zwierzęciejecie. -

Bo kto sam się bóstwi w świecie,

Ten na odwrót swego szału

Odczłowiecza się pomału -

Aż się stanie taki lichy,

Że, padając - dojdzie chyba

Do roślinnej istni grzyba! -

Lub też dziki - sępny -chory -

Miasto widzeń - widzieć zmory,

Miasto natchnień -czuć wściekliznę

Będzie - zmąci wiary, dzieje,

Człowieczeństwo i ojczyznę,

Zwątp rozpaczy i nadzieję!

Wtedy śród błędów swych pędu

Wezwie drugich do obłędu -

Za każdym się krokiem

Przenazwie prorokiem -

Zbawicielem -Bożym Bratem:

I dusz wielu będzie katem!

Aż, nie wątpiąc, że się zbożył,

Że, jak Boga stwórcą znał,

Tak się stwórcą sam tu stworzył,

Coraz pełńszy własnych chwał,

Pocznie wierzyć jadowicie,

Że mu sługą - ludzkie życie:

Stanie się i katem ciał!

 

*

Nie tak z Duchem się obcuje,

Nie tak w Ducha się wstępuje!

- Gdy pochylisz kornie czoło,

Zadrży serce - drga szpik kości

Z anielskiej rzewności -

I, klęczący, spojrzysz wkoło

Na niesprawiedliwości -

Klęski - smętki -gromy,

Babylony i Sodomy -

Ujrzysz Carów w chwale

Lub zdąsane ludu fale,

Świat zatracające!

I przyćmione w górze słońce,

I niebieskie mocy,

Wstrząśnięte śród nocy -

A uczujesz miłość trudu

I męki odwagę'

Wstaniesz ludzi zbawiać z brudu,

Kryć ich wstydy nagie. -

I za rany - i za ciernie

Podziękujesz tkliwie -

I dotrzymasz wiernie

Na nieszczęścia niwie!

Śród podłości - niespodlony -

Śród krzywd -nieodmiłośniony. -

Wciąż twe usta Pana chwalą -

Wciąż pierś twoja - twardą stalą,

Co się błyszczy nieskalanie,

A twe oko płacze żalnie

Ponad każdym cudzym bolem -

I tak stąpasz ofiar polem,

Nigdy w kłamstwa podziemnice,

Ciemnie i tajnice

Nie zstępując - bo do Boga,

Wiesz, że jedna tylko droga;

I jej światłem widny - biały -

Nie dbasz o wrogów nawały,

Co z lochów piekielnych

Czyhają - na dzielnych -

Co, czarni i nocni,

Tylko zdradą mocni

I orężni pychą,

Zabijają cicho!

A gdy stawiać tak twe kroki,

Ty nie mówisz: "Jam wysoki",

Ale czujesz, żeś wciąż niczem

Przed Pana obliczem!

Wtedyś ty dopiero

Duszą czystą, szczerą -

I czynów łańcuchem

Połączasz się z Duchem -

A z Boga, co w niebie,

Powraca do ciebie

Miłości spływ! -

I kiedyś po męce

W jego pójdziesz ręce,

Wszechwiecznie żyw!

 

*

I ja patrzę śród zamieci

W niebios kir!

I ja widzę - kędy leci

Zdarzeń wir!

Słyszę śród chmur -

Zmartwychwstałych chór

Ach! znany głos!

Lecz nie we krwi,

Którą zemsta leje,

Cel Polski tkwi. -

Zemsty dzieje

Zemstą tylko,

Chuci chwilką: -

To nie Polski los!

Jej od Pana

Pomyślana

Cudniejsza cześć!

Nie pożogi

Ani trwogi

Ma światu nieść!

*

 

Tu Sybiry mroźne

I Iwany Groźne -

A po drugiej stronie

Klubowe tyrany,

Kule strute -kwas siarczany -

Ludożercze bronie!

Boże! zmiłuj się nad wami!

Między dwiema szkaradami

Wstać ma Polska kojarznicą!

Dwóch barbarzyństw - ma być spojem -

I to zwiecie -Tajemnicą -

To - wieków pokojem!

W jedno zło jedyne

Wszetecznym poswatem

Siostrę giliotynę

Ślubić z knutem bratem!

Rozdeptać kościoły,

Pomieszać plemiona,

Sumienia anioły

Wygnać z ludzi łona!

I mieć Polskę - tego dzieła

Czarną spełnicielką!

W krew truciznę jej lać wszelką,

By sprawy się jęła!

Trząść przed wzrokiem jej pochodnie

Wszechświata pożaru -

Obiecywać jej za zbrodnie.

Nadziemską moc czaru!

Kusić dziejów anielicę,

By pod koniec męki

Odrzuciła świętych wdzięki,

Upiorowe wdziała lice -

I odkląkłszy sprzed ócz Pana,

Sczerwieniona -rozczochrana -

Zakochała się w szatanie,

Świadczyła mu o tej chwili,

Jak pierwsi chrześcijanie

Niebiosom świadczyli!

- To wasz pomysł -to Rzecz wasza!

Takie świty

Duch wasz skryty

Nam przynasza!

 

*

Wszak nie w takim stroju,

O wiekuisty Panie,

Do ostatniego boju

Polska Twoja stanie?

- Nie jędza z niej przebrzydła!

- W ustach z Twym pacierzem -

A nad jej pancerzem

Spływające skrzydła. -

W jej dłoniach kształt dwóch mieczy

Z przedziwnej jasności,

Co nie rani - ale leczy!

I woła: "Ja się spieszę,

Bo zapraszam w gości

Do niebieskich włości

Ludzkie rzesze!"

 

*

Lecz wprzód jeszcze -sądy Pańskie -

Na czas, czasów zwrot!

Rzeczpospolity szatańskie

I północny knut!

I trząść będą każdym krajem,

Wytracając się nawzajem!

Patrz! świat-kat twój, Polsko! - leży

Rozciągnięty w pyle -

Ten, co obrał cię z odzieży,

Urągał ci tyle;

Co, związawszy twe ramiona,

Dziki - podły - dumny -

Wbijał gwoździe ci do łona,

Jak do desek trumny -

Patrz! świat-kat twój, Polsko, oto

Zapadł w krew i błoto!

Od morza do morza -

Porwał się do noża -

Bratobójczo się przewala,

Wije na kształt gada,

Podnosi - i pada,

Aż, znękany, czci Moskala!

 

*

Zleć, o Polsko - zleć, Aniele

W promienistym ciele!

Nie bądź katem twego kata!

Ach! śmiertelny pył,

Gdy raz w śmierci zstąpi kraje,

Tylko cnotą znów dostaje

Nadśmiertelnych sił!

A inaczej - rwie zatrata

W głąb tej samej kary

Ofiarników i ofiary!

Zostaje ruina -

I nadgrobek na niej świata!

- Chrystus tylko z grobu wzlata,

Lecz nie Katylina! -

 

*

Przyjdź, o Polsko - zleć, Aniele

W promienistym ciele!

- Pragnęli wolności,

A Boga nie znali!

Po ziemiach - ich kości -

Ich prochy - na fali -

A żyjących, co zostali,

Samo życie boli:

Bo w niewoli!

Z jednych ojczyzn - puste cisze

Nad gruzami się kołysze

Bluszcz wietrzany!

A gdzie indziej w pysze

Sprośne Pany!

Bez koron na głowie,

Lecz z rózgą ze stali -

I służą Jehowie

Lub z schizmy powstali! -

Duchoborce -roskolniki -

I po nocach słychać ryki

Rozrzynanych ciał

Na cześć Molochowi.

Tak panują ludzie nowi!

Jak z Tarpejskich Skał,

Wzad przez dziejów wschody

Zepchnięte narody -

I zlatują do ciemności

Coraz głębiej -daléj -

- Bo chcieli wolności,

A Boga nie znali! -

 

*

Przyjdź, o Polsko - zleć, Aniele

W promienistym ciele!

- Zwiesz się: - Bogumiła -

Czerwonym sztandarem

I moskiewskim Carem

Zarównoś wzgardziła!

Od dwóch tych zatracicieli

Tak czarno w Europie!

Śród nawałnic - na potopie

Jedna świecisz w bieli!

Ledwo stopa się twa zetrze

Z wierzchołkiem bałwanów -

I przemijasz przez powietrze,

I ścigasz szatanów!

Przed dwóch mieczy twych jaśnieniem,

Przed twych skrzydeł tęczą

Obalają się i jęczą

Jak przed Boga cieniem! -

 

*

Idź, o Polsko - idź, Aniele

W promienistym ciele!

Świat nie poznał ciebie z lica -

Świat cię zabił - aż na mękę

Sam jest wzięty - a ty rękę

Dasz mu - jego męczennica!

 

Idź, o Polsko - idź, Aniele

W promienistym ciele!

W tobie Ludzkość przechowana!

Ponad złości i nad szały,

Ponad hańby i nad kały -

Tyś niepokalana!

 

Idź, o Polsko - idź. Aniele

W promienistym ciele!

W dłoniach twoich nie puginał,

Gminnym uwieńczon wawrzynem,

Co pierś wroga porozrzynał -

Innego blask oręża!

Bożoczłowieczym tu czynem

Duch tylko zwycięża! -

Nadziemsko ty hożą -

Boś boleści tu boleścią

A miłością Bożą!

I powracasz z dobrą wieściął

 

Wokół ciebie - Zło się pieni;

Ty nie zważasz przecie -

Sypniesz z dłoni garść promieni

I znów jaśniej w świecie!

Aż przelecisz wszystkie kraje

I światłością obosieczną

Śmierć odegnasz od nich wieczną -

- Tak się zmartwychwstaje!

Zygmunt Krasiński

Psalmy przyszłości: Psalm Wiary


 

Dusza i ciało to tylko dwa skrzydła,

Którymi Czasu i Przestrzeni sidła

Duch mój lozcma w postępowym locie!

Gdy się zużyją przez chwil i prób krocie,

Odpadać muszą - lecz on nie umiera -

Choć to się śmiercią nazywa u ludzi!

On zwiędłe zrzuca, a świeże przybiera

I w nie otulon, znów na jaw się budzi!

A to się zowie: narodzin godzina!

I Duch mój, wziąwszy skrzydła niezmęczone,

Nimi znów leci - lecz już w wyższą stronę!

Tak coraz wyżej ku Panu się wspina,

Ciała i dusze własne poza sobą

Sypie, jak liście zżółkłe i strząśnięte,

Wciąga do siebie siły, im odjęte -

On sam wciąż żyje ich zgonów żałobą!

 

Za nim - przeszłości zmierzchające tonie!

Przed nim - rozwarte wszechbezmiarów błonie!

Przed nim świat wszystek - Czas, przestrzeń bez końca,

Piętra z dróg mlecznych i dni z lat tysiąca;

A dalej, wyżej, nad niemi - za niemi -

Ten, co jest wszystkim i wszystko obleka,

Duch twórczy gwiazdy, anioła, człowieka,

Cel a początek i nieba, i ziemi;

Ten, który zawsze i wyżej, i daléj,

Niedoścignięty, nad wszystko się pali:

Spokój - a jednak razem siła tchnąca -

Blask najwyższego duchów, Ducha-Słońca!

 

K'niemu wciąż dążę - zrazu tam iść muszę

Przez piekła trudu - przez czysce zasługi -

Aż zacznę wdziewać i ciała, i dusze

Bardziej promienne - i wstąpię w świat drugi!

W świat, co od wieków zwań okręgiem nieba -

I w nim letargów mi już nie potrzeba

Ani przebudzeń z grobu, by iść wyżej!

Tam żywot wieczny - żywot nieustanny -

Grób ł kolebka konieczne są niżej,

Na tych planetach, gdzie świt Ducha ranny,

Gdzie człowiek Boga niemowlęciem jeszcze

I kwili tylko przeczucia swe wieszcze -

Lecz dla aniołów śmierci nigdzie nie ma!

Przeszłość i przyszłość ostrymi oczyma

Widzą i znają - dla nich przemienienie

To jedna chwila - to dalsze natchnienie!

Jak my na ziemi w godzinie zachwytu

Nikłą pieśń z serca czerpiem - tak tam oni

Kształt rzeczywisty czerpią z fal wszechbytu,

Szaty przemienne czerpią z życia toni

I coraz dalej ku Panu - ku górze

Lecą w królewskiej ciał i dusz purpurze!

 

Wkoło niebieskich coraz więcej darów,

Grzmiących dźwięczności i światła pożarów;

Mnożą się mleczne pierścienie i pręgi,

Coraz to szersze lazurowe kraje

- Przestrzeń pełniejszą potęg się wydaje -

- Czas coraz bardziej się przeterażniejsza .-

A jednak przyszłość, co od końca dzieli,

W nieskończoności swej nigdy nie mniejsza. -

Bo Pan wszystkiego jest wszystkim na wieki;

Choć coraz bliższy. On równie daleki!

Jego to. Jego żądają anieli!

Żądza bez miary, co chwila rosnąca,

Miłość bez granic - to życie bez końca!

 

On ogniw wszechstworzenia wiązannym łańcuchem,

On Bytem, Myślą, Życiem - Ojcem, Synem, Duchem!

On jak Myśl w świecie mieszka i jak Byt wieczysty,

Lecz za świata krańcami On jest osobisty -

On Duchem świętym, jednym, który wie sam siebie,

Rozlał się po wszej ziemi, a został na niebie!

A my wszyscy i wszędzie Jegośmy obrazem,

I wstępując stopniami w coraz wyższe włości,

Żyć musim nieśmiertelnie, z Nim żyć musim razem,

Zrodzeni z Jego łona, żyć w Jego wieczności!

I jako On nas stworzył, tak my tworzyć dalej

I z wewnętrza nas samych wyprowadzać światy, -

By prząść Mu, jak nam uprządł, widomości szaty,

O ile możem, biedni, w anielskiej pokorze,

To, coś Ty nam dał z łaski - oddawać Ci, Boże,

A nigdy nie móc, nigdy nic Ci oddać, Panie,

I tak żyć w Tobie wiecznie przez wieczne kochanie!

 

*

Lecz szkołą Duchów są Ludzkości dzieje -

Drogą do niebios planety koleje!

Na nim to, na nim pójdą zasłużeni

- A wszyscy razem - do innych przestrzeni,

Gdy Syn Twój, sędzia, zmartwychwstałych książę,

Losy tej ziemi w dzień sądu rozwiąże

I z nich anielstwo ludziom wypromieni!

A do dnia tego wiodące tu wschody

To w łasce Twojej poczęte narody! -

Garść im powołań sypnąłeś z wysoka -

W każdym z nich żyje myśl jakaś głęboka,

Co z piersi Twoich zesłanym jest tchnieniem

I narodowi odtąd - przeznaczeniem!

A są wybrane jedne przed innemi,

By b Twą piękność walczyły na ziemi

I krzyż lat wielu wlokąc krwawym śladem,

Były śród świata - anielskim przykładem,

Aż nie wywalczą straszną walką w grobie

Wyższego w ludziach pojęcia o Tobie,

Więcej miłości i więcej braterstwa

W zamian za tkwiący w piersiach nóż morderstwa!

 

Takim jest naród Twój polski, o Boże!

Kto cząstką jego - niech wie się Twej woli

Cząstką na ziemi - i choć go świat boli

Tak, że aż zwątpić o nadziei może,

Niech w tym cierpieniu wytrwa niesłychanem,

Boć on, zaprawdę, w Twego ducha chrzczony,

Boć on, zaprawdę, Twym ziemskim kapłanem,

Jeśli się cierniów nie wstydzi korony,

Jeśli pojmuje, że kochasz bezmiernie

Synów tych, których koronujesz w ciernie,

Bo cierń, w krwi maczan - to kwiat wiecznotrwały -

I nim odmładzasz świat Ludzkości cały! -

 

*

Chrystus wciąż w tobie mieszka, o Ludzkości!

W twych piersiach żyje, w twoich losach gości,

Krwią twą - krew Jego i ciałem twym - ciało!

Stanie się tobą, co Jemu się stało!

On wcielił w siebie wszystkie twe koleje,

On ci objawił wszystkie twe nadzieje.

Skądeś zrodzona? - Z przeczystej dziewicy,

Bo z myśli Bożej w Boże podobieństwo! -

Ku czemu idziesz? - Ku Ojca stolicy. -

Przez co przejść musisz? - Przez trud i męczeństwo!

A kiedy Chrystus nad Taboru szczytem

Już się otacza wieczności przedświtem,

Czy ty nie widzisz, co ten znak ci wróży?

Nim los twój ziemski w pełni się dokona,

I ty. Ludzkości, będziesz przemieniona!

Zostawisz w dole u stóp ciemnych wzgórzy

Wszystko, co zwodzi, i wszystko, co boli;

Zostawisz w dole szataństwo niewoli,

Zostawisz w dole kłamstwa opętanie,

Zostawisz w dole tajemnic zawiłość,

A weźmiesz z sobą duchowe poznanie

I serca wieczną, nieskończoną miłość!

I z tymi dwoma świętymi potęgi,

Jak Chrystus, w światła wzbijesz się okręgi!

Z czoła się twego grzech wszelki twój zetrze;

Jak pióra, lekkie będą twe ramiona!

Ręce pokładniesz na białe powietrze

I w nim się ważyć będziesz - spowietrzniona! -

Zygmunt Krasiński

Psalmy Przyszłości: Psalm Miłości


 
 

Przeciw piekłu podnieść kord!

Bić szatanów czarny ród!

Rozciąć szablą krwawy knut

Barbarzyńskich w świecie hord!

Lecz nie nęcić polski Lud

By niósł Szlachcie polskiej mord!

Marne wrzaski -próżne mowy -

Z krwi i z błota stary świat!

My do innych idziem lat,

Promień z Niebios spadł już nowy!

 

Gdy z kolebki Duch się budzi,

Niemowlęctwem wolnych ludzi

Giliotyna i grabieże!

Dzieciom luby wściekły gniew!

I w wylaną bratnią krew

Wierzą, ciemne, w ślepej wierze!

Nie wolności dotąd człowiek,

To wolności wstało zwierzę!

Lecz czas łuskom odpaść z powiek -

Czas już przejrzeć Boga wolę!

Czas anielski podjąć trud,

Czas odrzucić wszelki brud

I tym samym znieść niewolę! -

 

Nie jest czynem - rzeź dziecinna!

Nie jest czynem -wyniszczenie!

Jedna prawda boska, czynna,

To przez miłość przemienienie!

Jeden tylko, jeden cud:

Z Szlachtą polską - polski Lud,

Jak dwa chóry - jedno pienie! -

Wszystko inne - złudą złud!

Wszystko inne -plamą plam!

I ojczyzna tylko tam! -

Jeden tylko, jeden cud:

Z Szlachtą polską - polski Lud,

Dusza żywa z żywym ciałem,

Zespojone świętym szałem;

Z tego ślubu jeden Duch,

Wielki naród polski sam,

Jedna wola, jeden ruch,

O! zbawienie tylko - tam! -

 

Kto chce iskier z czarta kuźni,

By przepalić czarta moc,

Ten świat w gorszą wpycha noc,

Ten mądrości wiecznej bluźni. -

Choćby nie był Moskal rodem,

Ten Moskalem stał się z ducha,

Ten mongolskich natchnień słucha -

Moskwa-piekło mu narodem. -

 

*

Szata Polski nieskalana,

Przenajczystsza i świetlana -

Jak niewinność trudu trudów,

Jako odkup wszystkich Ludów,

Dotąd w Polski grobie leży! -

Ten, kto wzniesie pierwszy rękę,

By śnieg zetrzeć z tej odzieży,

Kto przemieni w zbrodnią -mękę!

Kto przekuje w nóż kajdany,

A nie w szablę - ten przeklęty! -

Tego straszna gna pokusa -

Ni mu rozwój światów znany -

Ni objawień mu Duch święty,

Ni pamiętan duch Chrystusa! -

On bez myśli, on bez serca -

W Boga skarbcach nic nie kupi -

On nieszczęsny i on głupi,

Jak kat każden i morderca!

 

Gdy zstępują w świat geniusze,

Innym sprawę wiodą torem!

Nikt przez mordy i katusze

Nie był wieków Dyktatorem!

Raczej żyją niebezpiecznie,

Raczej w końcu giną sami,

Lecz zwycięstwo ich trwa wiecznie -

A z nich żaden się nie splami

Terroryzmem - by do szaty

Purpurowej brał szkarłaty

Z braci swoich zżętej głowy -

Ani Cezar stary w Rzymie!

Ani Francji Cezar nowy!

Każde krwawe w dziejach imię,

Ach! nosiła mierna dusza!

Słaby tylko rzeź wybiera:

Czy mu imię jest -Mariusza,

Czy mu imię -Robespiera!

 

W poświęcenia świętej dumie

Poprowadzi Lud do bitwy,

Kto prowadzić Lud ten umie:

Szlachta Polski - Rusi - Litwy!

Pierśże czyja kwitnie w blizny?

Kto się palił wciąż ofiarą

Na ołtarzach tej Ojczyzny?

Kto nad Ludu błędną marą,

Nad przepaścią ciemną jeszcze,

Skrzył się cały w żary wieszcze?

Kto sam z władz swych się rozbierał.

Narodowi pootwierał

Przyszłe, wielkie bytu niwy?

Ani kupcy - ni Żydowie -

Ani mieszczan też synowie -

Lecz ród szlachty nieszczęśliwy! -

Ród, co nie znał z wrogiem miru,

Żniwem trupim ścinan w boju

Lub zapędzan do Sybiru -

Oni tylko - dotąd oni,

Z Polską w sercu -z mieczem w dłoni -

Dniem i nocą bez pokoju!

 

Któż, zachwycon zdarzeń ściekiem,

Nie popełnił nigdy winy?

Chyba jeden - ten Jedyny,

Co był Bogiem a Człowiekiem!

Jakiż naród - jakiż stan -

Wiekźe jaki z czystym czołem

Krzyknąć może: "Jam aniołem!

Jam nie zadał drugim ran!"

 

Lecz się grzechy mazać winny,

Gdy z grzesznika człowiek inny

Wylatuje śród cierpienia -

Tak jak Feniks, co się zmienia -

Nieśmiertelny -śród płomienia!

A wyleciał ptak ten nowy,

Syn zbudzonych z snu rozbiorem!

Ani zasnął ojców wzorem!

Zjeżył skrzydła - ścisnął szpony

I w powietrzu gryzł korony,

Berła, miecze i okowy,

Które trzyma ptak dwugłowy!

 

Wszędzie, wszędzie na planecie

Braci moich ryty ślad!

Wy go słówmi nie zmażecie,

Bo tchnie w dziejach Boży ład!

Ich za Polskę - ścigał świat,

Ich za Polskę - męczył kat -

Nie od wczoraj - od lat wiela

Pierś im palił skwarny brzeg -

Lub krył oczy wygnań śnieg

I więziła Cytadela!

 

Na alpejskich skał wyżynie,

Po śródziemnych fal błękicie,

Na italskim Appeninie,

Na hiszpańskich Sierrów szczycie,

Na germańskich niw równinie,

Po moskiewskich wszystkich lodach,

Na francuskim każdym polu,

Po wszechziemiach - po wszechwodach

Sieli przyszłej Polski siew!

Boże ziarna - własną krew -

I wy syny tego bólu! -

 

Tam Lud święty Szlachta święta,-

Nie kto inny -prowadziła! -

A ją natchnień wiodła siła -

Bez niej dzisiaj wam by pęta

Ducha żarły, a nie ciało -

Bo Lud martwy sam - to mało -

Ogrom leży, a bez czucia -

Jeszcze trzeba iskry z nieba,

A nie z ziemi - do rozkucia

Marzącego w śnie olbrzyma -

I bez Szlachty Ludu nié ma! -

 

Z życiem wiernie przechowanem

Ona stoi na mogile,

W której zmartwychwstańców tyle! -

Ona Ludu, dziś kapłanem! -

Dzierży w ręku moc ofiary -

Gróźb nie lęka się ni kary -

Bo zdeptała świat wasz stary,

Świat zawiści - mordu - ciemna -

W którym tylko moc ujemna.

Wie się ona przeznaczoną

Do noszenia tu korony!

Lecz jedyną tu koroną

Wylać Ducha na miliony!

Ciałom wszystkim rozdać chleba -

Duszom wszystkim - myśli z nieba!

Nic nie spychać nigdy w dół,

Lecz do coraz wyższych kół

Iść przez drugich podnoszenie -

Tak Bóg czyni we wszechświecie!

Bo cel światów - szlachetnienie!

 

Wy, co wyższe zniżać chcecie,

Patrzcie! patrzcie! - Od kamienia

Jak stopniami Pan przemienia

Duchy stworzeń. - Zrazu senny

Wszczątek życia, aż powoli

Wydobędzie się z niewoli;

- Walka trudna i trud boli

Lecz podnosi się kształt zmienny,

Wreszcie przywian Duch z daleka

Wdziewa na się pierś człowieka. -

Głaz, kwiat, zwierzę śniły z cicha -

On ku niebu pnie już głowę -

Do aniołów pieśnią wzdycha,

Między gwiazdy eterowe!

 

Wszystko, wszystko, wiecznie, wszędzie

Rwie się w górę z Bożej myśli!

Z wiecznym Bogiem ten nie będzie,

Kto inaczej świat swój kryśli!

Kto nie zszlachcić naród cały,

Lecz chce szlachtę zedrzeć z chwały -

Może chwilkę w gruzach siędzie,

Braci schłopi lub obali -

Lecz nie wzniesie Ludu daléj. -

Bo wszechświata prawom wbrew

Sennych zbudzi nie na ludzi -

Zbudzi sennych na zwierzęta! -

Miasto świateł wielkiej burzy,

Ujrzy ziemskiej dno kałuży

I w niej polską, spiekła krew!

- To nie polskie będą święta! .-

 

*

Powiedz, orle! orle mój!

Białoskrzydiny, niezmazany,

Skąd tych czarnych myśli rój?

One rosną - gdzie kajdany!

Ach! niewola sączy jad,

Co rozkłada Duchów skład!

Niczym Sybir - niczym knuty

I cielesnych tortur król!

Lecz narodu duch otruty -

To dopiero bólów ból! -

 

Wiecznie stoi Przywłaszczyciel

Przed wszystkich oczyma! -

Tym, że stoi, już kusiciel:

- Chyba Boga nié ma!

Sprosnościami hydnej durny -.

Pomięszał rozumy!

Rozwiązuje sam sumienia

Przez ogrom cierpienia!

Sieje kłamstwo i ciemnotę,

Zmieni zbrodnią - w cnotę!

Bohatyrów on przekaci

Na trupach ich braci!

On przyuczy dzieci małe

Wierzyć w mord jak w chwałę!

Wezmą sztylet mdłe panienki,

Jak różę, do ręki!

Powie siostra: "Bracie, weź,

Bo zbawieniem rzeź!!"

Oszaleją jego szałem,

Rozwściekną -wścieklizną!

Jak on będą - piekłem całem,

Nie niebem, ojczyzną! -

 

Precz tym złudom, o ma Święta!

Złej godziny to są mary!

Ty zostaniesz nie dotknięta!

Ty nie zbędziesz dawnej wiary,

Że ten tylko więzy przetnie,

Kto namaszczeń cnoty znakiem.

Że na ziemi być Polakiem

To żyć bosko i szlachetnie!

 

Niechaj szepczą jezuity,

Niechaj wrzeszczą demagogi,

Że cel wielki a ukryty

Odwszetecznia podłe drogi -

Że przypadków idąc kołem,

Wolno w bagna zajść szatana!

Potem dusza w nich skąpana

Znów odnajdzie się aniołem -

Że się zmaże hańby kartę!

Że królestwo Boże z czarta -

Że wszechdobro złego warte -

Że wszechmiłość - zbrodni warta!

 

Precz tym złudom, o ma Święta!

A otacza cię ich wiele -

Wszystkie świata chcą zwierzęta

W zwierzę zmienić cię, Aniele!

U stóp świętych twej Golgoty

Wszystkie złości zgromadzone!

Wszystkie Fałsze i Ciemnoty -

Wszystkie czarne wieku Duchy!

Ci z nożami - ci z łańcuchy -

A chcą wszystkie mąk koronę

Zwiać ci z czoła w piekieł stronę -

Byś zmartwychwstań wielkim czynem

Nie zabłysła Serafinem! -

By krwi twojej i łez strugi

Nie mieszkały w przyszłym niebie!

By się na nic nie przydało

Chrystusowe w tobie ciało

Umęczone po raz drugi!

By z najdroższej Panu - z ciebie,

Pozostała w dziejach świata

Jakaś brudna tylko szata -

By ty znikła - ty, zbawczym,

Córko Boża, ty - daremno -

I w sławiańskich niw pustyni

Już na wieki było ciemno! -

 

Jakież straszne ich postaci,

Tych kuszących bezbożników!

Tysiącami wściekłych ryków

Proszą ciebie o mord braci!

Inni każą w imię Cara

Wierzyć tobie - żeś ty mara!

Kościotrupie u nich lice -

Boże! Boże! -to upiory,

Z cmentarzowej wyszłe nory! -

W oczach żądła - nie zrzenice -

Pod żebrami serca nié ma -

W miejscu serca wąż się zżyma

I wyłażą z piersi gady,

Wszystkie hańby - wszystkie zdrady -

Obrzydliwym gnąc się ruchem,

Każda wije się łańcuchem,

Z drugą wiąże się w przestrzeni!

Już się coraz bardziej zbliża

Tłum plugawy ten do ciebie!

Łańcuchami żmij złączeni,

Do twojego idą krzyża,

Co na wzgórzu, w czystym niebie.

Już stanęli - wznoszą głowę -

Plwają śliny swe nieczyste

Na twe ciało promieniste -

Zarzucają z wężów wieńce

Na przebite twoje ręce,

Na twe stopy marmurowe!

Oni ciebie by rozdarli,

Ciebie przyszłą - ci z przeszłości

Ciebie żywą - ci umarli,

Co nie wejdą do twych włości!

 

*

Polsko moja! Polsko święta!

Nad zwycięstwa stoisz progiem;

Kres to męki twój ostatni!

Niechaj tylko uwydatni,

Żeś wszechzłego wiecznym wrogiem!

Potem prysną śmierci pęta

I ty będziesz wniebowzięta,

Bo aż w śmierci byłaś z Bogiem!

 

Gdy ostatnia chwila

Zgon w życie przesila,

Najsroższy bój!

Szloch zwątpień - jęk skargi

Jęczą mrące wargi -

O! Boże mój! -

 

W męczeńskiej twej sile

Pokonaj tę chwilę,

Ten zwycięż ból -

A wstaniesz na nowo,

A wstaniesz Królową

Sławiańskich pól! -

 

Moskiewskie mamidłała,

Obietnice, sidła,

Nie zwodzą już!

Dziesięć Ludów czeka

Na myśl - lub człowieka -

Myśl twoja - tuż! -

 

Nie zsamobójczona,

Z własną krwią u łona,

Przed Bogiem stań!

By wziął cię z kolei

W poczet swych idei,

Tych świata pań! -

 

Dziś wschodni ląd

Dwóch bójką wiar -

- Ty i Car. -

Car, życia trąd -

Ty, życia prąd,

Ty, życia dar!

 

Niech miłośnie,

Jak ku wiośnie,

W twą patrzą twarz!

Bądź mistrzynią,

Co krzywości

Świata prości,

Przewodczynią

Wszechmiłości!

 

Grzech wszelki maż -

Łzę wszelką susz -

Depcz ziemski szał -

Rządź światem dusz,

Gardź państwem ciał

Nieś dech Pana,

Nie skalana

Żadnym kałem!

Ludy z trzody

Stwórz w narody:

Stań nad niemi

Ich na ziemi

Ideałem!

 

Przeciw piekłu podnieść kord

Bić szatanów czarny ród!

Rozciąć szablą krwawy knut

Barbarzyńskich w świecie hord!

Lecz nie nęcić polski Lud,

By niósł Szlachcie polskiej mord!

Jedno tylko, ach! zbawienie,

Jeden tylko - jeden cud:

Z Szlachtą polską - polski Lud,

Jak dwa chóry - jedno pienie! -

 

Hajdamackie rzućcie noże

I oszczerstwa, i bluźnierstwa!

By Carycy w grobie kości

Nie skleiły się z radości,

Trup nie parsknął w śmiech szyderstwa!

 

Hajdamackie rzućcie noże,

By nie klęły na was wieki,

Że cel wieków - znów daleki!

Żeście w dumie -żeście w szale

Przewrócili losów szale

I rozbili się na skale,

Kędy wiecznie się wyrodni

Rozbić muszą - bo na zbrodni!...

 

Hajdamackie rzućcie noże,

Jeśli w głębi serca wiecie,

Że w planety tego dzieje

Pan wciąż z niebios myśl swą sieje.

- Nie przypadek rządzi w świecie -

Nikt nie stawia gmachu z błota

I najwyższy rozum - cnota! -

 

Hajdamackie rzućcie noże!

Bo gdy miną fale godzin,

Co nas dzielą od odrodzin,

Będzie Polska zmartwychwstała

Wszystkich zbójców przeklinała!

- Tamci lepsi - i mniej śmieli,

Skradli ziemię - czci nie tknęli,

Sławy wieków nie zatarli!

Niech głos Ludów to opowie!

My jaśnieli, choć umarli,

Jako jaśnią aniołowie!

 

Hajdamackie rzućcie noże!

A gdy zagrzmi - o żniw porze,

Wtedy naprzód - w imię Boże!

Bierzcie szable - sierpy -kosy -

Dać żniwiarzom wszystkim grunt -

Rozpłomienić święty bunt -

Lecić będą, lecić kłosy,

Ziemię zbroczy gęsty wróg,

Twierdz i więzień prysną mury -

Duchem zatlon, ogrom zgorze

Jak suchego siana stóg!

A patrzący wiecznie z góry

Nie odwróci twarzy Bóg! -

 
Zygmunt Krasiński

Psalmy Przyszłości: Psalm Nadziei


 

Dość już długo - dość już długo

Brzmiał na strunach wieszczów żal!

Czas uderzyć w strunę drugą,

W czynów stal! -

 

Wszystkim ciało dał Jehowa -

Duszę wszystkim Chrystus dał,

A Duch Święty żywot chowa,

By wraz ciało z duszą zlał!

 

Ja wam mówię - niedaleki

Zbawiciela Objawiciel!

Niedaleki - nam przed wieki

Obiecany Pocieszyciel!

 

Oto idzie już godzina!

Poznan będzie - niepojęty!

Z Ojca weźmie, weźmie z Syna

I rozleje się Duch Święty! -

 

A nie trony - ni korony

Pierwsze ujrzą Cię na niebie -

Lecz niewinnie umęczony,

Ten, o Duchu, ujrzy Ciebie!

 

Kto lat tysiąc wieku strawił,

Kościół broniąc od poddaństwa!

Milionową pierś wciąż krwawił,

Aż rozdeptał gad pogaństwa!

 

Kto śród ludów nie miał brata,

Ten, na czyim już pogrzebie

Były wszystkie króle świata,

Ten, o, pierwszy ujrzy Ciebie!

 

Bo - choć krwawy, choć zemdlony,

Wzrok utopion trzyma w niebie!

A kto patrzy w ducha strony,

Ten, o Duchu, ujrzy Ciebie! -

 

*

 

Ni zmysł kupców, ni dłoń kata

Przeciw prawdzie nie pomoże!

O, przyjdź prędzej, wiosno świata!

O, przyjdź prędzej, Duchu-Boże!

 

Wszak my duchy. Duchu Święty?

Wiecznie wstajem z własnych kości -

Wszak, jak Chrystus wniebowzięty,

Wniebowstąpim w Raj miłości?

 

Wszak my jedni i ciż sami,

Tylko coraz wyżsi, Panie?

I garniemy się wiekami

W ostateczne Zmartwychwstanie?

 

Jawem życia - czy snem w grobie,

Z wiosny w wiosnę - wciąż ku wiośnie -

Kwiat niebieski - duch nasz - rośnie,

Wszyscy rośniem wciąż ku Tobie!

 

Kto opisze - kto opowie?

Bóg jest jeden - jeden - sam!

Przecież w Bogu dano nam,

Że my będziem jak Bogowie!

 

*

Lecz wprzód ziemia ta stroskana

Pokój przyjąć musi wszędzie!

Wszak kazana w imię Pana

Ewangelia wieczna będzie? -

 

Wszak z planety, co się rozciął

Na odłamków tyle - tyle -

Będzie jeden świat i kościół!

Daj nam, Duchu - daj tę chwilę! -

 

Chrystusowy uścisk bratni

Gdy okoli wszystką ziemię,

Wejdzie, wejdzie wiek ostatni,

I ostatnie ludzkie plemię.

 

Żegnaj, ziemio, z bólem! z żalem!

- Wszędzie, święte ze świętemi,

Nowe błyszczy Hieruzalem

Na padole starej ziemi!

 

Długa droga - trud był śliski -

Krwi spłynęło i łez morze!

Lecz anielstwa czas już bliski -

- Pójdą - pójdą w Ciebie, Boże!

 

*

Tak wam z krzyża, o plemiona,

Dziś proroczy polski naród;

Choć mówicie: "Ot, już kona!"

W nim przyszłości waszej zaród.

 

Polsko, Polsko! grób twój tylko

Był kołyską nowej zorzy,

Śród wieczności jedną chwilką,

W której począł się dzień Boży!

 

Czas już zedrzeć z wieku chmurę!

Idącego Pana chwalmy!

Rzucać palmy - rzucać psalmy -

Kwiaty na dół - pieśni w górę!

 

O! rzucajcie pieśni, kwiaty!

Oto idzie - idzie Pan,

A nie smętny, jak przed laty -

Wolny cierniów, gwoździ, ran!

 

- Przemieniony, z niebios szczytu,

Znad wszechświata gwiezdnych ścian,

Jak widnokrąg wszechbłękitu,

Ku nam spływa - spływa Pan!

 

O! ten błękit pijcie duszą,

A wam wszystko zbłękitnieje!

Choć was męczą - choć was kuszą -

Uwierzycie w mą nadzieję! -

 

Niech was darmo nie przestrasza,

Że dziś podłość górą wszędzie!

Z wiary waszej - wola wasza,

Z woli waszej - czyn wasz będzie!

 

Nie powróci stara klęska -

Duchom - duchom tryumf dań!

Oto idzie moc zwycięska,

Panujący idzie Pan! -

 

Dość już długo - dość już długo

Brzmiał na strunach wieszczów żal!

Czas uderzyć w strunę drugą,

W czynów stal! -

Zygmunt Krasiński

Psalmy Przyszłości: Psalm Dobrej Woli


 
 

Wszystko nam dałeś, co dać mogłeś, Panie,

Z skarbu wiecznego miłościwej łaski!

Tysiącoletnie dałeś panowanie,

Ubrane w śnieżne, przechrześciańskie blaski

Nadeuropejskiej cnoty! -Twego Syna

Dałeś nam pierwszym w świeckie wpoić dzieje -

Z Polski - ojczyzna w przeszłości jedyna,

Co z piersi miłość, a nie rozbój, sieje;

Co mieczem - tylko świat ewanieliczy,

Gardzi grabieżą - nie garnie zdobyczy -

Spaja się z braćmi - a dumnych roztrąca,

Lecz i tych jeszcze w jawnym świetle słońca!

Teraz gdy rozgrzmiał się już sąd Twój w niebie.

Ponad lat zbiegłych dwoma tysiącami,

Daj nam, o Panie, świętymi czynami

Śród sądu tego samych wskrzesić siebie!

 

*

Wszystko nam dałeś, co dać mogłeś, Panie!

Gdyśmy zstąpili z życia Kapitelu

W porozbiorowej doliny otchłanie,

Zmarłych żywymiś trzymał na walk polu!

Choć nas nie było, przecieśmy bywali

Ponadgrobowo - choć w grobie złożeni -

Na bojowiska każdego przestrzeni

Z orłem ze srebra i szablą ze stali!

Do serc, wsmętnionych w cierpienia czyscowe,

Wlewałeś bicie śród nicestwa nowe -

Wiecznieś nas kąpał w jakiejś dziwnej cnocie -

Wrzkomo z nas trupy - a Duchy w istocie. -

Co elektrycznych nadziemnych strumieni,

Wszystkieś zgromadził wokół naszych cieni,

By nam powrotne, wstające z mogiły,

Na wstyd Europie - ciało uiskrzyły!

Teraz gdy rozgrzmiał się już sąd Twój w niebie

Ponad lat zbiegłych dwoma tysiącami.

Daj nam, o Panie, świętymi czynami

Śród sądu tego samych wskrzesić siebie!

 

*

Wszystko nam dałeś, co dać mogłeś. Panie:

Żywot najczystszy - a więc godzien krzyża -

I krzyż - lecz taki, co do gwiazd Twych zbliża -

Najwyższe dałeś w czasie powołanie!

Tchem dzieje świata Tyś przegiął jak kłosy,

Do pełniejszego dla nas wszędzie żniwa -

Ziemiś nam ujął - a spuścił niebiosy

I serce Twoje nas zewsząd przykrywa!

Lecz wolną wolę musiałeś zostawić -

Ty bez nas samych nie możesz nas zbawić!

Boś tak ugodnił wysoko człowieka

I naród każden - że Twój zamysł czeka,

Zawieszeń w górze, aż własnym obiorem

Człowiek lub naród jego pójdzie torem!

Z wolnością tylko Twój Duch się wciąż swata -

Nikt niewolnikiem w bezmiarach wszechświata!

Teraz gdy rozgrzmiał się już sąd Twój w niebie

Ponad lat zbiegłych dwoma tysiącami,

Daj nam, o Panie, świętymi czynami

Śród sądu tego samych wskrzesić siebie!

 

*

Wszystko nam dałeś, co dać mogłeś, Panie!

Przykład nieszczęsnej Twej Hierozolimy,

W której tak długo było Twe kochanie,

Aż się rozwiała w perzyny i dymy,

Rozdarta w sobie - a zemstą do końca

Przeciw ludzkości całej szalejąca!

I ona kiedyś być miała królową,

Pogańskim katom świecącą w koronie!

Lecz że wciąż śniła o tych katów zgonie,

A dość Twych iskier nie miała w swym łonie,

By nad nich podnieść się życiem na nowo,

Odkrólewszczona - i stała się wdową -

I dotąd płacze, na Twojego Syna

Za to, że plemion toporem nie ścina,

Jedno krzyż wziąwszy w zmartwychwstałe dłonie,

Światy obala - gdzie tym krzyżem wionie!

Teraz gdy rozgrzmiał się już sąd Twój w niebie

Ponad lat zbiegłych dwoma tysiącami,

Daj nam, o Panie, świętymi czynami ,

Śród sądu tego samych wskrzesić siebie!

 

*

Wszystko nam dałeś, co dać mogłeś, Panie!

W ciemięzcach naszych sprośne gwałtu wzory,

Szkaradne rzezie i niecne zabory,

Za które dzieciąt przeklina ich łkanie,

Za które sami z łaski Twej promieni,

Jakby z pancerza, już odpancernieni,

Stoją w nagości popełnionych czynów

Bez starożytnych na czole wawrzynów,

Z żałob największą okryci żałobą -

Hańbą serc własnych, zhańbionych - przed Tobą!

Nie drugich śmiercią - lecz własną bezpłodnie

Kończą na ziemi wszystkie ziemi zbrodnie!

Żadna z nich żadnych nie ma przywilei -

Król czy gmin jaki dopuści się zdrady

Słowu Twojemu -przepada z kolei!

Aniołów nawet przepadły miriady!

Teraz gdy rozgrzmiał się już sąd Twój w niebie

Ponad lat zbiegłych dwoma tysiącami,

Daj nam, o Panie, świętymi czynami

Śród sądu tego samych wskrzesić siebie!

 

*

Wszystko nam dałeś, co dać mogłeś. Panie!

My nad otchłanią, na ciasnym przesmyku -

Skrzydła nam rosną już na zmartwychwstanie -

Usta rozwarte do wesela krzyku -

Ku nam z błękitów - jakby z Twego łona,

Złote jutrzenki - jakby Twe ramiona,

Spieszą już na dół od nieba po ziemię,

By zdjąć nam z czoła wiekowych klęsk brzemię. -

Wszystko gotowe -wschód rozpromieniony -

Anioły patrzą - a tam, z drugiej strony,

Ciemność pod spadem bezgłębnym wybrzeża!

I pnie się - wzdyma - rośnie ku nam - zmierza

Przepaść - śmierć wieczna -w której nie ma Ciebie

Co od początku złych i pysznych grzebie,

A sama pychą i złością, i swarem,

I mężobójstwem onem, jak świat, starem,

I kłamstw, i blużnierstw rozkipionym warem!

I wstała, siwa, w pasach z czerwoności!

W czarnych błyskawic czarnej jaśni płynie!

Rdzę z krwi pokoleń i gruzy, i kości

Na swych topielach piętrzy ku wyżynie,

Gdzie wpół nad grobem, a wpół jeszcze w grobie,

Stoim w tej pierwszej odrodzenia dobie!

Jeśli zawrotnym na nią spojrzym okiem,

Jeśli się jednym ku niej ruszym krokiem,

Wnet zórz nam światło poblednie na skroni

I Syn nad nami Twój łzy nie uroni,

I Duch nie będzie nam Pocieszycielem!

Na dnie jej sobie nicestwo pościelom!

Zmiłuj się, Panie! broń nas - bądź Ty z nami!

Nie! - darmo - teraz tu stać musim sami!

Ach! wiem! - ta chwila już do nas należy;

W ostatniej losów tej naszych przemianie

Żaden Twój cherub nam w pomoc nie zbieży!

Wszystko nam dałeś, co dać mogłeś. Panie!

 

*

Lecz wspomnij - wspomnij, żeśmy dawne sługi -

Że nim wiek począł się ten dziejów drugi,

My w przeszłym wieku Twój nakaz już czcili

I nie czekali chwil spełnionych chwili,

By uznać Ciebie za ziemskiego władzcę

W Królowej polskiej - Twojej ziemskiej matce!

Odkąd z mgły czasów naród wyjawiony,

Z ciał polskich - polskich dusz wyszło miliony

Z Jej świętym w śmierci na ustach imieniem!

Niech im dziś Ona odwspomni wspomnieniem -

Niech, w wielką zmarłych tych ubrana chmurę,

Na Twych niebiesiech do Ciebie się modli,

By nie związali nam stóp, dążnych w górę,

Szatani z piekła - lub też ludzie podli.

 

Spójrz na Nią, Panie! - gdy z dusz onych rzeszą,

Co wokół wieńcem powietrznianym spieszą,

Z wolna ku Tobie wznosi się bezmiarem -

Wszystkie się ku Niej gwiazdy rozmodliły,

Wszystkie w przestworach wirujące siły

Zmiękły pod smętnym rozrzewnienia czarem!

Coraz to wyżej - jakby na powieniach,

Wschodzi, niesiona na tych bladych cieniach,

Płynie w lazury, za dróg mlecznych chmury,

Płynie za słońca, taka bielejąca,

Coraz to wyżej - do góry!

 

Spójrz na Nią, Panie! - Śród Serafów grona

Oto u tronu Twego rozklęczona -

A na Jej skroniach lśni polska korona -

I płaszcz błękitny zamiata promienie,

Z których tam przestrzeń - i wszystkie przestrzenie

Czekają - modli się bardzo po cichu -

Poza Nią, stojąc, płaczą ojców mary -

W dłoniach Jej śnieżnych jakby dwa puchary -

Krew Twoją własną w prawym Ci kielichu

Podaje, Panie -a w lewym, co niżej,

Krew krzyżowanych na tysiącach krzyży

Poddanych swoich - krew płynną przez lata

Po wszystkich ziemiach pod mieczem Trójkąta!

I boskim, tamtym wzniesionym kielichem

Błaga drugiemu przełaski Twej, Panie!

Przepaść tymczasem wielkim huczy śmiéchem -

Podplanetarnych fal jej słychać granie -

Wężowych głębin splotami wciąż toczy -

Mgłą, wichrem, pianą zalewa nam oczy,

By nas przesmiertnić w kłamcę i mordercę!

Nie widzi, marna, co dzieje się w górze -

Nie widzi, marna, że niczym jej burze,

Gdy takie za nas tam dręczy się serce!

 

O Panie, Panie! Więc nie o nadzieję -

- Jak kwiat się sypie - więc nie o zgon wrogów -

- Zgon ich na chmurach jutrzejszych już dnieje -

Więc nie o przestęp cmentarzowych progów -

- Przebyteć, Panie - ani o broń władną -

- Z wichrów nam spada - ni o pomoc żadną -

Zdarzeń otwarłeś już przed nami pole!

Lecz śród tych zdarzeń strasznego wybuchu

O czystą tylko błagamy Cię wolę

Wewnątrz nas samych - Ojcze, Synu, Duchu!

 

O Ty najdroższy, wszędzie utajony,

Widny zza światów przejrzystych opony,

Wszech Ty przytomny, nieśmiertelny, święty,

W serc i gwiazd wszelkim mieszkający ruchu,

Co tak gwiazd bunty rozwiewasz na szczęty

Jak serc przewrotność - Ojcze, Synu, Duchu,

Ty, coś rozkazał człowieczej iściźnie,

By, nędzna siłą i kolebką mała,

Przez moc ofiary się wyanielała -

I polskiej naszej rozkazał ojczyźnie,

By wwiodław miłość i mir ludy bliźnie

Niezatraconej prawości przykładem

Choć wciąż pod głazów grobowych opadem

Wszystkich tych ludów otruwana jadem!

Ty, co w dziejowych odmętów rozruchu

Wściekłych piorunem przybijasz do darni,

A zacnych zbawiasz - bo zacni - z męczarni -

Błagamy Ciebie, Ojcze, Synu, Duchu,

Z prostotą dzieciąt, w niewieściej pokorze,

Przed Tobą dzieci i niewiasty, Boże -

A światu męscy - my, co się nie boim

Od wieków walczyć przeciw wrogom Twoim,

Błagamy Ciebie razem z naszą Panią,

Co za nas Twego doprasza się słuchu,

My, zawieszeni pomiędzy otchłanią

A twym królestwem, Ojcze, Synu, Duchu!

Błagamy Ciebie z wrytym w ziemię czołem,

Skronią już w wiosen Twych kąpani dmuchu.

Czasów pryśniętych otoczeni kołem

I państw ginących - Ojcze, Synu, Duchu,

Błagamy Ciebie - stwórz w nas serce czyste -

Odnów w nas zmysły - z dusz wypleń kąkole

Złud świętokradzkich - i daj wiekuiste

Śród dóbr Twych dobro - daj nam dobrą wolę;

Teraz gdy rozgrzmial się już sąd Twój w niebie

Ponad lat zbiegłych dwoma tysiącami,

Daj nam, o Panie, świętymi czynami

Śród sądu tego samych wskrzesić siebie!

Zygmunt Krasiński

***(im dalej idę...)


 

Im dalej idę po drodze żywota,

Tym twój ideał się bardziej nade mną

Rozszerza — rośnie — gdyby tęcza złota,

Rzucona w ukos przez świata noc ciemną!

 

Nie w dniach mych przyszłych — lecz w dniach mej przeszłości

Żyje, com widział boskiego na ziemi!

A dni, co przyjdą, przyjdą na wzór gości

Smutnych i czarnych — o biada mi z niemi!

 

Jedną cię tylko prawdziwym aniołem

Znałem na świecie — reszta wszystko — ludzie!

Przed tobą tylko rozjaśnię się czołem,

A przed innymi zwiędnie czoło w nudzie!

 

W nudzie — w cierpieniu — w tej ducha chorobie,

Co serca chwyta, które piękność znały,

I toczy — póki nie ucichną w grobie,

Lub nie stwardnieją na wzór twardej skały!

 

A jeśli jeszcze się z tego kamienia

Kwiat jaki smętny wyczołga pod słońcem,

To nie kwiat szczęścia — lecz kwiat przypomnienia,

Co kwitnie ludziom przed życia ich końcem

 

I drogę grobu wytyka liściami —

Prowadzi z wolą do ostatniej schrony,

Aż się nareszcie zwinie nad trumnami

W suche na wieki i śniade korony!

 

Taki mnie wieniec — ostatni mój — czeka!

Idę po niego — łatwy do zerwania —

Jeszcze nie minął żadnego człowieka —

Sam się nasuwa — ku czołu się skłania —

 

I lubi czoła, schylone do trumny,

Na których zwiędło natchnienie i szczęście!

Lubi, by niegdyś odważny i dumny,

W wieczne z miernością związał się zamęście.

 

Tak w życiu każdym śmierć się rozpoczyna —

Dni kilka jeszcze, a wznak się obalę —

Żyłem, gdy biła piękności godzina —

Zginę, gdy zaczną płynąć głupstwa fale!

 
Stanisław Wyspiański

WESOŁY JESTEM, WESOŁY


 
Wesoły jestem, wesoły
i śmieję się do łez;
choć jesień już na poły,
kwitnący czuję bez.

Wesoły jestem, jary,
choć idą czasy burz; -
widzę z otuchą wiary
kwitnących ogród róż.

Wesoły jestem, świeży - - -
- cóż to? na marach trup?
To ciało tylko leży,
lecz duch jak ognia słup.

Wesoły jestem, młody,
już zbywam zbytnich piór,
już idę w krąg swobody,
już słyszę gwiezdny chór.

Już słyszę, biją dzwony
wysoko w niebios strop -
trup dawno pogrzebiony -
duch niesie pełny snop.

Ach, któryż jestem żywy,
czy ten, co leci wzwyż -
czy ten, co zmarł szczęśliwy,
ściskając w dłoni krzyż - ?

Czy ten, co skrzydeł loty
przez żywot miał związane -
czy ten, co ciska groty
o krzemień gwiazd krzesane - ?

Czy ten, co legł przykryty
kirami i całunem -
czy ten, co mija szczyty
i drogę tnie piorunem - ?

Czy ten, co legnie zmożon
przed świątyń własnych progiem
czy ten, co niezatrwożon
na Sąd ma stanąć z Bogiem - ?

O, chcą, ode minie chcą,
by hart był zawsze w sile,
by wciąż ich wzruszał łzą,
podniosłą łzą na chwilę.

By hart był w dźwięku słów,
by jęk był pełen siły,
by dreszczem wstrząsnął znów
i żywych, i mogiły.

Lecz nie spostrzegli snadź,
żem dość już chyba gadał,

by siłę Chóru znać,
by Chór mi odpowiadał.

Więc dzisiaj muszę rzec
tym, co w mym Chórze żyli,
niech wiersze rzucą w piec,
bo oni się - - gapili.

Stanisław Wyspiański

[SATYRA LITERACKA]


 
"Wiszary"? znany wyraz, powszechnie zużyty,
Artur Górski, Miciński karmią się nim co dzień.
"Królewna"? - Walewskiego pomysł znakomity
albo Friedberga - i każdy przechodzień,
co dwa dni ledwo w Zakopanem bawił,
już nad dolą "królewny" oczu dwoje łzawił.
"Okiść", ach, znam tę okiść z śpiewu Tetmajera
Kazimierza - gdy w BÓL ją serdeczny ubiera,
i znam, jak potem poszła w usługi podlotków,
od cyzelerów cierpiąc i cierpiąc od młotków
temuż cyzelunkowi służących. - W okiście
Pan Pietrzycki też stroił się i w czarne liście
zadumy. Wszystko poza bardzo szczera.
Widzę, jak się ta okiść w sztuce poniewiera.
Ach, "rycerz skamieniały"! sam kiedyś szukałem
w Tatrach tego rycerza, bo wrócić mu chciałem
życie - i klątwę zdjąć. - Wróciłem żywy,
zostawiłem za sobą Tatry i skał grzywy.
"Szklanna góra"!!?? Przez Boga, Sarnecki się zdziwi,
że tak wrósł w pierś narodu - że myśl czyją krzywi
jego koncept o szklannej górze, i mgłach z waty,
które szły ku Królewnie z wosku - jako swaty
od Sarneckiego - i przyniosły wtedy
tantiemy teatralne, plon dosyć bogaty.
"Szklannej góry" użyłeś chyba tylko z biedy,
również "Czarnoksiężnika", za złe ci to biorę,
to są niezdrowe myśli, dziwaczne i chore.
Pan Spasowicz mnie za to zburczał i zwymyślał,
com w poemacie pisał - o zaklętym w skały
Bolesławowym śnie - rzekł, że nieudały
ten wiersz, i kazał, bym tak już nie myślał.
Najwięcej jeszcze drżenia [?] i oddźwięku duszy
ma ten wiersz, gdzie o "limbie" mówisz i kosówce:
przyznaję, że czterowiersz ten kogo poruszy,
choć przypomina rytmem Pana Tadeusza
i lepiej by pasował do czasów kontusza
niż dzisiejszych - czterowiersz ten zdaje się dobry
lecz znikła w nim "królewna", "szklanna góra", "Chrobry",
a pozostał Tetmajer. - Znamy Tetmajera,
jak Ból po górach nosi i w dźwięk słów przybiera.
Czterowiersz ten wspomina Pana Tadeusza,
co mię do powiedzenia niniejszym [?] przymusza:
w tym sensie pisze Laskowski "ciąg dalszy",
gdzie będzie Pan Tadeusz lepszy, okazalszy,
co Mickiewicz przeoczył, napisze Laskowski,
te same wiążąc słowa i rymy, i zgłoski.
Gdzie Mickiewicz jednego użył porównania,
on da porównań dziesięć dla łatwości pióra,
której nie miał Mickiewicz - stąd wzięła się dziura
w pomyśle Tadeusza - w Laskowskiego głowie,
aż krzyknął: To poemat zaledwo w połowie.
I gdy Hosick ogłosił w "Kraju", że ja szyję
[. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .]

Stanisław Wyspiański

POCIECHO MOJA TY, KSIĄŻECZKO


 
Pociecho moja ty, książeczko,
pociecho smutna;
nad małą siedzę schylon rzeczką,
z wód igrające falą dziecko,
żal mroku skrada się zdradziecko
nad łąkę, rzeczkę, nad mój strumień,
w duszącej mgle nieporozumień
zapada noc okrutna.

Pociecho moja, straszna nocy,
pociecho smutna;
nad wielką siedzę schylon rzeką,
wód pędem chyżym fale cieką,
wiary potęga rośnie w mocy,
nad rzeką, łąką, nad polami,
nad borów rzeszą, nad mrokami
noc gaśnie w zorzach,
w świtach, błyskach,
i słońce wstaje na przestworzach,
słoneczna moc okrutna.

Pociecho moja, dniu słoneczny,
pociecho smutna;
nad morza siedzę fal roztoczą,
wiara nade mną w niebios kręgu,
widzę te fale wód, jak biega
we sprzęgu wałów, w brył rozprzęgu
w górę się piętrzą, w doły legą,
jak nowe fale z nagła kroczą,
a jedna dola im okrutna.

Pociecho moja, księgi moje,
schylony w karty księgi patrzę,
od kart tych patrzę w wód rozwoje,
z ksiąg karty rzucam w fale twoje,
o morze, morze, wód olbrzymie,
a tylko fal powrotne rzuty,
w czas wód rozgwaru, w wód skłębieniu,
na brzeg rzucają, kędy siedzę,
z ksiąg, co przepadły w zapomnieniu,
wydarte z kart tych moje imię,
nic więcej, tylko własne imię.
Znikąd okrętu, znikąd łodzi,
a rośnie fala powodzi,
ha! tam! - jest łódź! - tam - ktoś - przewodzi,
tam, na dalekim kresie,
o, bliżej, bliżej, już - fala go niesie,
to nie powódź - to przypływ - wał bije,
jęk skargi - ha! mordują - orkan wyje - - -
Gdzie łódź?! czy fala schłonie ją okrutna -?
o księgo - - oczy patrzą - w wód roztoczy,
o księgo - serce - oczy,
pociecho smutna.
Stanisław Wyspiański

[DO LUCJANA RYDLA]


 
Chciałbym ci najbujniejszy kwiat złożyć na piersi,
chciałbym cię w najjaskrawsze ubierać kolory,
koło twych myśli rzucić przez najpierwsze wzory,
na czole upleść wieniec woniejących ziół,
co czarodziejską upoiwszy siłą
fantazję ... w świetlne koła by cię wyrzuciło.
Błądziłbyś ...
Nie znając granic dla swego kształtu,
nie widząc końca swemu objęciu,
a czując wszechbyt swego pojęcia
i znając przetwór swego poczęcia,
płynąłbyś falą w przestrzeni,
żyłbyś życiem wszystkich tworów,
tchnąłbyś życie w wszelki kształt,
miałbyś światło meteorów,
jaśniałbyś jak gwiazda,
nie wieki na jednym świecie,
ale wieki we wszechświecie,
i już byś nie zaznał płaczu
ani śmiechu, ani bólu,
ale znałbyś przeznaczenia
potęgę.
Lecz ty nie śpisz jeszcze snem
czarodziejskich sił,
ani pierś ci zakwitnęła
najbujniejszym kwiatem,
ani tobie tęcza siostrą,
ani tobie czucie swatem. -
Rzuć pojęcia, co cię wiążą,
zerwij więzy - choć do strun
duszy przydziergnione,
nie zlęknij się muzyki burz,
nie zlęknij się jaskrawych łun,
fantazję sobie weź za żonę,
leć za nią. -
Bo mi cię żal, gdy ciebie widzę
jak roślinę (na tym samym zginie łanie,
gdzie urosła).
Wyssają łodygę słodką,
oberwią kwiatuszki,
aże zwiędną listki żywe,
łodyga i kwiatuszki
innych chwilowym szczęściem
nieszczęśliwe.
Czekam na cię, bo mi smutno
samemu,
bo nie mogę dojść do celu,
ale póty błądzić muszę,
aże drugą znajdę duszę.
Bo za dumne, za wieczne podwoje,
gdzie strażą uczucie i siła,
gdzie śmierć i sława czekają,
samotnika zaduszą,
zadławią, a nie puszczają.
Dwu idących wpuścić muszą.
Za dumne, za wieczne podwoje
wchodzi się tylko po dwoje,
by siłę przemóc siłą,
uczucie zwalczyć uczuciem,
śmierć - własną śmiercią przerazić,
a sławę cieniem postawy
i przejść wrota
nieśmiertelne bez trwogi.
Tam dopiero myśl leci
bez granicy,
tam dopiero się świeci
ogień miłości.
Nam trzeba za cenę życia
po ogień jasny iść,
przejść siedem czarnych pól,
minąć siedem czarnych bram,
aż się zhartuje ból...
do samego dotrzeć ołtarza,
porwać ogień strzeżony,
zanieść w ojczyste strony.
To cel...
Przez litość - tam
nie pójdę sam,
ani ja śmierć przemogę,
ani dosięgnę sławy -
choć znałbym i wiedział drogę,
błądzę.
Stanisław Wyspiański

WIERSZYK WAKACYJNY


 
I cóż, kochany Panie Leonie,
czy byłeś Pan już w lesie?
czyś widział, jak się pasą konie?
słyszałeś, jak gęś drze się?

Po stawie jak pływają kaczki
i zboże jak chwieje się,
modre bławaty, krasne maczki,
puch jak się z wiatrem niesie?

Czy lis oddychał już jedliną,
pod sosną czyliś dumał,
czyliś zapoznał się z gadziną
i z wierzbą się pokumał?

Czyś dopadł gdzie, jak sroka skrzeczy
w oborze bydło ryczy? -
Czyś znalazł wszystkich kopę rzeczy,
które mieć dusza życzy?

Czyś widział pawia na ogrodzie,
pod chatą dzieci płowe?
Czyś pochylony stał ku wodzie
na fale patrząc nowe?

Na fale patrząc, jak kołują,
gdy wodne muchy kroczą,
jak żaby na się nawołują,
siąpisz - a w topiel skoczą?

Czyliś odnalazł w leśnej głuszy
tych świerków kilkunastu,
ten czar, co Polskę budzi w duszy?
Czy tęsknisz już ku miastu?

Czyś się przypatrzył na obłoki,
jak płyną wiecznie świeże?
Czyś już jest młodszy o te roki,
które ci smutek bierze?

Czy się już czujesz odmłodzony,
jak chłopiec, jak młodzieniec?
obok żywiołów, dzieci, żony
czujesz się pan czy jeniec?

Czyliś odzyskał już swobodę
i myśl, tę myśl pogodną,
i chęć tych dążeń, co są młode,
bo dusza tych jest głodną?

Czyli gdyś w lesie legł na krzewach,
czy ścieżką kiedyś chodził,
czyś poznał Elfy po ich śpiewach,
Bóg leśny czy cię zwodził?

A gdyś to wszystko już przeczytał,
gdyś wszystko już zrozumiał,
to rozważ, żem Cię listem witał,
jak myślę, jakem umiał.
Stanisław Wyspiański

NOTY DO "BOLESŁAWA ŚMIAŁEGO"


 
W architekturze stworzyłem monument
ludowej sztuce, skoro po raz pierwszy
sztuka budowę wzięła na instrument
poetyckiego kunsztu i zmysł szerszy
ogarnął motyw prastary, prostaczy,
mam ten dar bowiem: patrzę się inaczej.

Inaczej niźli wy, co nie kształcicie wzroku,
dla których stworzył Bóg szablony i szematy,
co talentowi krzyczycie "proroku!",

a duszy poddajecie studenckie tematy.
Więc pozwoliłem sobie za rogatką
przejażdżkę myśli odbyć incognito -
i otom naraz znalazł się z kamratką
muzą, dla której tajniki odkryto -
dla której wszystkich tajemnic półmroki
jasne, bo talent feruje wyroki -
I mniejsza o to, czyli Akademie
dochodzeń moich i badań szczegóły
przyjmą, uznają i przyznają premie

za to, że dbałem o format infuły,
lub całą walkę z dyrekcją, z krawcami
uznają za nic, gdym ja przed znawcami
czoła nie schylił i kornie nie pytał,
jaki hełm nosił król, gdy brata witał.

Ja nie uważam wiedzy za rzecz taką,
która by miała chodzić na dwóch szczudłach,
nie uczyła mnie sztuki także Sada Jakko
i nie wierzę, by jakiś duch żył w starych pudłach.
Chłop mnie na swoją hetkę nie przerobi,
magnat nie będzie w nawie sztuk sternikiem,
sztuka jest z ducha, stwarza się, nie robi,
a raz stworzona duchem, jest pewnikiem.
Stąd sądzę, że są moje myśli naukowe
równie dobrze, jak myśli znaczonych dyplomem,
i stąd sądzę, że kogo Bóg obdarzył domem
własnym, że, mówię, taki, co ma głowę
swoją i wszystko z głowy snuje jak z przędziwa,
bez wielu radców łatwo się obywa.



Więc stąd pewien niepokój przypada na mrówki.
Jak to, skąd to, skąd rodem, gdzie paszport, gdzie wiza;

w gęsim zakłopotaniu wstrząsają makówki
i krzyczą: cherche la femme, poszukajcie Guiza,
któż to poza tym stoi? pod tym się ukrywa?
A to jest tylko talent i zwykle tak bywa.



Talent sprawił, żem na ten pomysł wpadł genialny,
by Piastowiczów w kerezje ustroić,
zharmonizować strój fenomenalny,
z którym się muszą uczeni oswoić.
Jeszcze nie stało o tym nic w gazecie,
Gallus nie pisze, Kadłubek nie plecie.
Ergo nie było, ergo miarę psuje
(tę artystyczną miarę, zwaną mierność),
ergo to nie jest już historii wierność,

historii tej, co książek paginy rachuje -

ergo marnował się w tym człowiek zdolny,

że nie dość pedantyczny jest i nie dość szkolny.



Bądźcie spokojni, jeśli Bóg pozwoli,
jeszcze was nieraz wprowadzę w te progi,
gdzie panem jedno pani mojej woli

Sztuka i wolna myśl, niezlękłe bogi,
jeszcze napiszę, gdy mi się spodoba,
grać w wyobraźni mej zaczną postacie,
jaka to Piastów była pierwsza doba,
wszak nic niewarte to, co dotąd macie
w sferze dramatu o Mieszku, Rychezie,
Ottonie Trzecim, wielkim Bolesławie,
jacy [....] byli sprytni knezie,
jak ślubowali Piastowicze Sławie.
Ten będzie dramat, i nie myślcie o tem,

by wam to samo kto mógł mówić potem.
Stanisław Wyspiański -A niołowie snu Jakubowego

Aniołowie snu Jakubowego


 

1. Witaj, promieniu życia.
2. Żegnaj mi, słońce dnia.
1. Zawitaj, jutrznio, zorzo.
2. Zanika krasa twa.

3. Promieniu żywy, wschodzisz.
4. Zamierasz, świetny dniu.
3. Po świateł morzu brodzisz.
4. Głowę kładziesz na pniu.
Skazańcze, śmierć cię goni.
3. Ku życiu wnijdź nowemu.
Tysiąc cię potęg broni.

5. Przed tobą sława, mienie,
przed tobą żywot boży.
6. Za tobą pokolenie
zamarłych, klątwą trwoży.
5. Przed tobą złości, żądze;
nasycisz twoje usta.
6. Za tobą zawarto wrzeciądze
i noc przed tobą pusta.
5. Łask źródło na cię spłynie;
ty łaską żyjesz chwili.
6. Szczęście twe mrze w godzinie.
Proch są ci, co wierzyli.
5. Co zechcesz zyskasz prośbą
i wnijdziesz w chwałę siły.
6. Zagrodzęć Raju groźbę,
by węże cię strwożyły.

7. Przemożesz siły wrogie,
ramieniem męża złamiesz.
8. Twe władze za ubogie
Potęgę Twoją skłamiesz.
7. Gdy k’Tobie twarzy schylę,
niebo ukażę z proga.
8. Pod stopy rzucę dyle,
goździem zakrwawi noga;
byś znał, że idąc w trudzie,
nie sięgniesz drogi szczytu.
7. Uczynięć pierwszym w ludzie,
dam poznać sytość bytu.

2. Szczodrą Twą łaską, Panie,
przywrócisz mnie do łona
i dasz Twe królowanie,
gdy ciało w trwodze skona.
1. A gdy już mnie wyżeniesz
ze szczytów Twego domu,
choć pozwól kęs mi przysiąść
u bram Twych, tu u złomu.

4. Gdy zechcesz, wszystko może
żywototwórcza władza.
Porzucam nędzy łoże,
gdy moc mię Twa odradza.
3. Gdy moc mię Twoja strąca,
za przeznaczeniem muszę,
w przepaść dusza idąca.
Ulituj mojej dusze.

6. Tak nowe co dnia budzisz.
5. Tak co dnia męką trudzisz.
6. Tak z nocy Twe wywodzisz.
5. Tak szczęściem złudnym łudzisz.

8. Tak czynisz mnie potęgą,
który-m był marnym pyłem.
7. Tak wijesz żywot wstęgą,
żem pył, gdy siłą byłem;
na nicość obrócony,
ku szczytom gdy dążyłem.
8. Świetność mi wracasz znowu,
na Twe zwołujesz trony,
bym z Tobą w królowaniu
zapomniał, co przebyłem.

 
Cyprian Kamil Norwid - *** (Cóż bo mózg? rozum co? ...)

*** (Cóż bo mózg? rozum co? ...)


 
 
Cóż bo mózg? rozum co? słynny z polemik,
Wysuszający żywota istotę -
Planów rysownik i potęg alchemik:
Czy kiedy przezeń ukochał kto cnotę? -
 
Serce - istotnym jest prawdy ogniskiem:
Gdy rozum zbłądzi w najmniejszej usterce,
Serce i z błędów nieraz wraca z zyskiem...
Życia i wiedzy więc treścią cóż?... serce!
 
Przezeń nieszczęsny śród fortunnych gości
I utwierdzenie śród silnych ma słaby;
Ludzkość, raz gdyby w istotnej miłości
Ruszyła w Niebo, jak do domu szłaby!...
 
Przez dziwną serca magię i czarowność
Zaniemawiają zawistni oszczercę,
A mądrość cicha odzyskiwa mowność.
Wszystko, co wielkie, jest wielkie przez serce!
 
Przezeń ułomność obliczem wypięknia,
Jakby światło życie nad mogiłą -
Trwoźliwość przezeń się unieprzelęknia,
Blizny bywają wdziękiem, wdzięki - siłą.
 
Potężnym przezeń, co tkliwe i rzewne,
A rozrzewnionym, co harde i chrobre -
Przezeń jest wszystkość i całość...
. . . . . . . . . . . . . . . . . . .
...zapewne.
Serce jest dobra rzecz, dopóki... dobre!
. . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Agnieszka Osiecka - Noc z Renatą....

Noc z Renatą....


 

Czy to Pan,


Czy to Pan mi się dzisiaj śnił,


Bardzo miły nawet był


I dał mi cacko?


Czy to Pan


Tak cudowną posiada moc,


Że smakuje nawet


Biednym ludziom noc?



Czy to Pan,


Czy to Pan mi się dzisiaj śnił,


Gdy pamięci sięgam w tył,


To widzę Pana?


Niby nic:


Jakiś brylant i perły dwie,


A ten drobiazg aż do rana


Bawił mnie.



Cały bym Paryż dał


Za tę noc z Renatą,


Cały świat za tę noc z Renatą,


Na loterię los


I w San Francisco


Złoty most.


Nawet bym księżyc dał


Za tę noc z Renatą,


Cały świat za tę noc z Renatą,


Spakuj kufry swe


I jedźmy byle gdzie.



Czy to Pan,


Czy to Pan mi się dzisiaj śnił


I przystojny nawet był


W zielonym audi?


Proszę wpaść


I na jawie też coś mi dać,


A będziemy potem


W nocnym kinie grać.



Cały bym Paryż dał


Za tę noc z Renatą,


Cały świat za tę noc z Renatą,


Na loterię los


I w San Francisco


Złoty most.


Nawet bym księżyc dał


Za tę noc z Renatą,


Cały świat za tę noc z Renatą,


Spakuj kufry swe


I jedźmy byle gdzie.



Oj, Renato, Renato obudź się!


Oj, Renato, Renato obudź się!


Oj, Renato, Renato obudź się!



Cały bym Paryż dał


Za tę noc z Renatą,


Cały świat za tę noc z Renatą,


Na loterię los


I w San Francisco


Złoty most.


Nawet bym księżyc dał


Za tę noc z Renatą,


Cały świat za tę noc z Renatą,


Spakuj kufry swe


I jedźmy byle gdzie.



Cały bym Paryż dał


Za tę noc z Renatą,


Cały świat za tę noc z Renatą,


Na loterię los


I w San Francisco


Złoty most.


Nawet bym księżyc dał


Za tę noc z Renatą,


Cały świat za tę noc z Renatą,


Spakuj kufry swe


I jedźmy byle gdzie...

Adam Asnyk - Wątpliwości

Wątpliwości


 

Strumień mówi: "Nie rozumiem, na co
Muszę wiecznie z gór w doliny płynąć?
Mój ruch ciągły próżną tylko pracą,
Kiedy w morzu mam bez śladu ginąć..."
Na to kwiaty w dolinie rosnące:
"Ty się nie skarż, o dobry strumieniu!
Twoje wody sączą życie łące,
Są niezbędne naszemu istnieniu."

 

 

Kwiaty mówią: "Dziwne nasze losy!
Po co wonie rozsiewać z kielicha?
Po co błyszczeć kropelkami rosy?
Gdy z nas każdy lak szybko usycha."
Na to dziewczę: "Dola wasza, kwiaty,
Jest podziwu godną i zazdrości,
Waszym wdziękiem ożywiacie światy,
Sercom ludzkim niosąc woń piękności."

 

 

Dziewczę mówi: "Na co mi uroda?
Na co w sercu słodkich wzruszeń tyle?
Szkoda marzeń serdecznych, ach szkoda?
Wszystko zniknie, jako sen za chwilę".
Na to młodzian: "Szczęścia nikt nie mierzył
Dnia długością, lecz tym, co mu dano,
Bóg ci skarby uczucia powierzył,
Byś kochała i była kochaną."

 

 

Młodzian mówi: "Ach w tym życia boju,
Co wre ciągle przede mną i we mnie,
Próżno szukam szczęścia i spokoju,
Po co żyję? gdy walczę daremnie."
Na to usia dziewczęcia milczały,
Lecz rączkami oplotła mu szyję,
Wątpliwości, jako śnieg stopniały,
I nie pytał więcej, po co żyję.
Adam Asnyk - Serenada

Serenada


 

Patrz! oto wiosna znów
Najsłodsze niesie ci tchnienia
I czoło twoje ocienia
Wieńcem kwitnących bzów,
Czy czujesz w niemym zachwycie
Wdzięk nowy i nowe życie?
O, luba - mów!

Czy czujesz dziwne pragnienia,
Ożywczy powiew płomienia,
Urok niebiańskich snów?
Czy czujesz tę woń w błękicie,
Co serca przyspiesza bicie?
O, luba - mów!

Słyszysz miłości śpiew?
Słyszysz, jak wietrzyk szeleści,
Kwiaty całuje i pieści,
Igrając pośród drzew?
Słyszysz w tej cichej godzinie
Harmonię, co w serca płynie
Z nadziemskich stref?

I kojąc ludzkie boleści,
Przynosi w sennej powieści
Najtkliwszych uczuć siew?
Słyszysz, jak skryty w jaśminie
Słowik wygłasza jedynie
Miłości śpiew?

Czy widzisz światła rzut,
Który w błękitów przestrzeni
Wśród nocy niebo rumieni,
Zwiastując słońca wszchód?
Czy widzisz, widzisz tam w dali,
Jak księżyc igra na fali
Spokojnych wód?

Czy widzisz w blasku promieni,
W grze świateł i lekkich cieni,
Wiecznej piękności cud?
Czy serca twego nie pali
Płynący w wianku korali
Jutrzenki wschód?

Jeżeli w sercu twym
To wszystko słyszysz i czujesz,
Jeżeli rozkosz zgadujesz,
Co świat ożywia tchem;
Jeśli twe usta różane
Gonią pragnieniam owiane
Za jakim snem;

Jeśli się w niebo wpatrujesz,
I wonne kwiaty całujesz
Z wzruszeniem walcząc swym - -
Zejdź do mnie, dziewczę kochane,
Kończyć marzenia wiośniane
Na sercu mym.
 
Adam Asnyk - Ranek w górach

Ranek w górach


 
Wyzłocone słońcem szczyty
Już różowo w górze płoną,
I pogodnie lśnią błękity
Nad pogiętych skał koroną.

W dole - lasy skryte w cieniu
Toną jeszcze w mgle perłowej,
Co w porannym oświetleniu
Mknie się z wolna przez parowy.

Lecz już wietrzyk mgłę rozpędza,
I ta rwie się w chmurek stada...
Jak pajęcza, wiotka przędza
Na krawędziach skał osiada.

A spod sinej tej zasłony
Świat przegląda coraz szerzej,
Z nocnych, cichych snów zbudzony,
Taki jasny, wonny, świeży.

Wszystko srebrzy się dokoła
Pod perlistą, bujną rosą,
Świerki, trawy, mchy i zioła
Balsamiczny zapach niosą.

A blask spływa wciąż gorętszy,
Coraz głębiej oko tonie,
Cudowności świat się piętrzy
W wyzłoconej swej koronie.

Góry wyszły jak z kąpieli
I swym łonem świecą czystym,
W granitowej świecą bieli
W tym powietrzu przezroczystym.

Każdy zakręt, każdy załom
Wyskakuje żywy, dumny;
Słońce dało życie skałom,
Rzeźbiąc światłem ich kolumny.

Wszystko skrzy się, wszystko mieni,
Wszystko w oczach przeistacza -
Gra przelotnych barw i cieni
Coraz szerszy krąg zatacza.

Już zdrój srebrną pianą bryzga,
Gdy po ostrych głazach warczy...
Już się żywszy odblask ślizga
Po jeziorek sinej tarczy...

Już pokraśniał rąbek lasu...
Już się wdzięczy i uśmiecha
Brzeg doliny - aż szałasu
Dolatują śpiewne echa...

Przez zielone łąk kobierce,
Dzwoniąc, idą paść się trzody...
Jakaś rozkosz spływa w serce,
Powiew szczęścia i swobody.

Pierś się wznosi, pierś się wzdyma
I powietrze chciwie chwyta -
Dusza wybiec chce oczyma
Upojona, a nie syta;

Niby lecieć chce skrzydlata,
Obudzona jak z zaklęcia...
I tę całą piękność świata
Chce uchwycić w swe objęcia.
Adam Asnyk - Echo Kołyski

Echo Kołyski


 
Gdym jeszcze dzieckiem był
Budzącym się na świat
Gdy wątły żyvia kwiat
Jeszcze się w pączku krył,
Na łono matka mnie brała,
Pieściła i całowała,
Gdym jeszcze dizeckiem był.

Pamiętam po dziś dzień,
Jak kojąc płacz lub gniew,
Nuciła tskny śpiew,
Co falą słodkich brzmień
Dobywał uśmiech na nowo;
I każde piosnki słowo
Pamiętam po dziś dzień

"Dziecino nie płacz! nie!
Rozjaśnij twoję twarz,
Dopóki matkę masz,
Nie może ci być źle;
Na moim oprzyj się łonie,
Ja cię przed bolem zasłonię - 
Dziecino nie płacz, nie!

"Chowaj na później łzy!
DZiś jeszcze anioł stróż 
Girlandą białych róż
Okala twoje sny,
Na tkance marzeń pajęczej
Maluje kolory tęczy - 
Chowaj na później łzy!

"Rozkoszą wszystko tchnie,
Śpiewa ci ptaków chór,
W twym niebi enie ma chmur
Ani goryczy w łzie;
Życie uśmiechem cię wita
I każdy kwiat ci rozkwita,
Rozkoszą wszystko tchnie!

"Więc duszę swoję pieść
Jutrzenką rajskich farb,
I czystych uczuć skarb
W niewinnej piersi mieść!
Byś mógł zaczerpnąć w tym zdroju,
Gdy ci przybraknie spokoju - 
Więc duszę swoję pieść!

"Bo przyjdzie taki dzień,
W którym, o synu mój,
Napotkasz tylko znój
Zamiast rozkoszy tchnień:
Zdrada ci oczy otworzy,
Nieufność ducha zuboży,
Bo przyjdzie taki dzień.

"Przyjdzie ci płacić krwią
Serdecznych marzeń dług,
Zdepcze Cię w prochu wróg,
Znieważy boleść twą;
Szlachetny poryw zapału
I miłość dla ideału
Przyjdzie ci płacić krwią.

"I bół swój będziesz niósł
Samotny sercem w świat!
Zawodów, złudzeń, zdrad
Będzie ci wieniec rósł,
Cierniami otoczy skronie 
Skrępuje na zawsze dłonie
I będziesz ból swój niósł

"Na taki życia zmrok
Rozbicia ciemną noc,
Zachowaj ducha moc
I jasny dziecka wzrok.
Niech ci wspomnienie kołyski
Przyniesie matki uściski
Na taki życia zmrok!

"Pomimo gorzkich prób
Zawsze, ach! Dobrym bądź!
Z miłością drugich sądź
I patrz z nadzieją w grób.
Nie zatrać dziecinnej wiary,
Nie żału swojej ofiary - 
Pomimo gorzkich prób.

"O, nie mów, dziecię me,
Że marny życia trud,
Że wszystko fałsz i brud,
A prawdą tylko złe;
Że trzeba wątpić i szydzić,
Pogardzać i nienawidzić,
O, nie mów, dziecie me!

"Na matkę wspomnij swą,
Na miłość co bez plam,
Zwątpieniu zadaj kłam
I obmyj duszę łzą,
Wierz w piękność ducha słoneczną
I w miłość, która jest wieczną - 
Na matkę wspomnij swą".
Adam Asnyk - Z podróży Dunajcem

Z podróży Dunajcem


 
Już jasny księżyc na wodospadzie
Haftuje srebrem strumienia bieg
I fala, co się do snu nie kładzie,
Lekko potrąca o skalny brzeg.

Już ciemne lasy drzemią w oddali
Szemrząc modlitwy wieczornej chór,
Dalekie echa głuchną na fali
I we mgłach toną podnóża gór.

Łódkę do drogi strumień kołysze
I pianą rosi nadbrzeżne mchy:
Płyńmy więc w ciemność i nocną ciszę,
W krainę cudów, marzeń i mgły.

Głowę swą oprzyj na mym ramieniu
I do księżyca obróć swą twarz,
I oświecona w bladym promieniu
O widmie szczęścia dumaj i marz!

Ja będę śledził na twojej twarzy
Przelotnych marzeń ruchomą nić
I będę myślał: Jak pięknie marzy...
l zwolna zacznę o tobie śnić.

A tak cię sen mój sercem odmieni,
Że mi wykwitniesz jak biały kwiat,
Pełen miesięcznych drżących promieni,
Rzucony ze mną w fantazji świat.

I będę mniemał wtenczas wpółsenny,
Że na twych marzeń tęczowym tle
Widzę uczucia odblask promienny,
Płynący ku mnie na srebrnej mgle...

A kiedy jeszcze fala zdradziecka
O kamień naszą potrąci łódź,
To ty z przestrachem trwożnego dziecka
Na mnie wzruszone spojrzenie rzuć!

I do mnie bliżej pochyl się cała
I ujmij silniej braterską dłoń
Ja będę myślał, żeś ty zadrżała
W mojego serca spojrzawszy toń...

A kiedy dalej wypłyniem zwolna
Na wód leniwych spokojny szlak,
Może pomyślę, żeś kochać zdolna
I że mi łezkę rzucasz na znak!

Więc płynąc znowu w girlandach piany,
Co się roztrąca o progi skał,
Wyszepnę przez sen: żem zakochany
I żem ci serce na wieki dał.

Tak rozmarzeni oboje ciszą,
Pijąc tęsknotę i nocny chłód,
Wymienim słowa, które usłyszą
Fale i duchy leniwych wód;

I w księżycowych blasku promieni,
Rwąc kwiaty marzeń na srebrnej mgle,
Uwierzym, żeśmy sercem złączeni
W pierwszej miłości rozkosznym śnie.

Lecz gdy przybijem wreszcie do brzegu,
Rzucając miejsce czarownych scen,
Wtenczas o dobrym myśląc noclegu,
Poznamy wkrótce, że to był sen!
Adam Asnyk - Zmarłej dziewicy

Zmarłej dziewicy

 

Zasnęła cicho i nic jej nie zbudzi:
Ani płacz siostry, ani matki łkanie,
Ani gwar obcych a ciekawych ludzi,
Co otoczyli śmiertelne posłanie;
Już jej dosięgnąć boleść nie jest w stanie,
Zasnęła cicho i nic jej nie zbudzi.

 

Na zawsze swoje zamknęła powieki,
Spokojna, blada, smutna narzeczona
Anioła, co ją poślubił na wieki;
Jakoby w jasny posąg zamieniona,
Zaziemskich widzeń jasnością olśniona,
Na zawsze swoje zamknęła powieki.

 

Ostatni uśmiech wykwit! na jej twarzy,
A obok niego dziwne zamyślenie;
Jeszcze się może nad jej kształtem waży
Zbiegłego życia rozwiane marzenie,
Więc choć ją wieczność ubrała w milczenie,
Ostatni uśmiech wykwit! na jej twarzy.

 

Z rozbitej czary idealnych marzeń
Piła zaledwie woń kwiatów wiosenną,
Od rozczarowań wolna i od skażeń,
Rzuciła czarę pod urnę kamienną
I w sferę duchów wzlatuje promienną

Z rozbitej czary idealnych marzeń.

 

Rozmiłowana w nieśmiertelnym pięknie,
Ukołysana pieśnią tajemniczą,
Ani się grobu ciemności ulęknie,
Ani zatęskni za życia goryczą,
Ale uwieczni swą piękność dziewiczą,
Rozmiłowana w nieśmiertelnym pięknie.

 

Mistrzostwo śmierci i śmierci potęga
Białego kwiatu utrwaliły białość. -
Co życie w biegu niszczy i rozprzęga,
To śmierć obleka w harmonijną całość,
I nieskalaną daje doskonałość
Mistrzostwo śmierci i śmierci potęga!

 

W wiecznej pogodzie i w wiecznym spokoju
Zakwita róża mistyczna zachwytu;
Znikome kształty padły w życia boju,
Lecz to, co boskie, na fali błękitu
Wraca panować nad zmiennością bytu,
W wiecznej pogodzie i w wiecznym pokoju.

Adam Asnyk - Wspomnienie

Wspomnienie

 

 





Ach, tam! gdzie pierwsza witała mnie zorza,

Gdzie tyle w życiu dosłyszałem gwaru,

Przez te zastygłe i umarłe morza

Wrócę tło uczuć młodzieńczych pożaru,

Po kwiat się jeden schylę nad łez wodą,

 

A może znajdę swoją duszę młodą;

Taka, jak była w poranku stworzenia,

Gdy biegła witać świat ten dla niej nowy

Żądzą miłości, walki i cierpienia,

W blask się jutrzenki przybrawszy różowy,

I zakochana w własnych mar odbiciu,

Zaczęła pierwszy poemat o życiu.

 

O poemacie młodości! któż może

Na twe wspomnienie obojętnym zostać?

I widzieć ten sen i to kwiatów łoże,

Na którym jasna spoczywała postać,

I choć na chwilę nie spłonąć rozkoszą

Wśród bliskich widzeń, które woń roznoszą?

 

W maju, w urocze bogatym poranki,

W kwitnącej życia chwili, z marzeń tęczy

Komuż nie spływa niebiańskiej kochanki

Widmo, co serce jak lutnię rozdźwięczy,

I paląc piersi namiętnym oddechem,

Komuż nie porwie duszy niebios echem?...

 

Nikły meteor, lecz toruje drogę

I nieśmiertelność pragnień w piersiach szczepi;

Więc choć na widmie postawi się nogę,

Boleść mu nowy piedestał ulepi,

Gdzie stojąc skrzy się różowym płomieniem

Do chwili, w której wszystko zajdzie cieniem.

 

Gdzież jest to pierwsze rozkoszne zjawisko,

Co się do piersi mej tuliło drżącej?

Ach! tak daleko już i ach, tak blisko!...

Odchodzi z wolna od wierzby płaczącej,

Co ocieniała rozmarzone głowy,

Słuchając sennej słowików rozmowy...

 

Wracaj, o luba! wszakże zmierzch wieczorny

Zranione serca zwykł zbliżać do siebie;

Na ustach twoich zawisnę pokorny

I całą pamięć przeszłości zagrzebię,

Jak Feniks z własnych powstanie popiołów

To opętane serce przez aniołów.

 

Czy pomnisz dzień ten omamień bez trwogi,

W którym miłości rzuciłaś mi słowo?

A jam ci światy chciał rzucić pod nogi

I innym życiem natchnąć je na nowo,

Bom się tak uczuł wielki, dumny, silny,

Że chciałem nawet wskrzesić świat mogilny.

 

Jeżeli pomnisz dzień ten i wyrazy,

Które się lały wezbranym potokiem,

Wiedz, że wciąż do tej zielonej oazy

Wybiegam sercem i myślą, i wzrokiem;

U tego źródła, co tak żywo bije,

Jak gołąb pióra obmywam i piję...

 

A gdy się zdrojem tych wspomnień odświeżę,

A gdy upoję miłości tej wonią,

Znowu zaczynam kochać i znów wierzę,

Że zdołam jeszcze wzlecieć w niebo po nią,

I zapominam, com cierpiał i przeżył,

Bylebym jeszcze chwilę dłużej wierzył...

 

I zapominam, że mi już nie wolno

Powrócić w przeszłość jasną i szczęśliwą,

Że muszę naprzód drogą iść mozolną

I snuć z swej piersi pajęcze przędziwo;

Więc na to wszystko niepomny przez chwilę,

Chcę przybrać skrzydła i barwy motyle.

 

Lecz już za późno! Duszy, co się wzbija,

Motyle skrzydła unieść już nie mogą,

Chwila upojeń bezpowrotnie mija,

I dziś trza pełzać wydeptaną drogą,

O żadne loty więcej się nie kusić,

Milczeć i serce do milczenia zmusić.

 

Do ciebie wrócić nie chcę i nie mogę,

Bo już zaginął dawny kształt młodzieńczy;

Długą przebyłem po przepaściach drogę,

I dziś już żadna róża mnie nie wieńczy;

Wolę się ukryć przed twym wzrokiem w cieniu

I żyć młodością wieczną w twym wspomnieniu.

 

Miałbym odsłonić przed tobą pierś pustą,

W której wygasła siła i namiętność;

Miałbym pozwolić pocałunku ustom,

Na których usiadł chłód i obojętność?

O nie! na wieki wolę się rozłączyć,

Niż gorycz moje w twoje serce sączyć!

 

Tak więc odchodzę, bez żalu, bez serca.

Słowiki wspomnień do snu już się kładą,

I tylko puchacz, posępny szyderca,

Słyszeć się daje; ja twarz zwracam bladą

I przez dzielący nas przeszłości cmentarz

Rzucam pytanie: "Czy jeszcze pamiętasz?"

Adam Asnyk - W dwudziestą piątą rocznicę powstania 1863

W dwudziestą piątą rocznicę powstania 1863


 


Ruchliwe fale czasu nie zatarły
Twych krwawych śladów, o nieszczęścia roku!
Dotąd w swej grozie posępnej zamarły
Ciężysz nad nami i z przeszłości mroku
Przez lat szeregi kroczysz, widmo blade,
Wlokąc za sobą, jak całun - zagładę.

Wieleż to razy ciebie przeklinano,
A z tobą marzeń zdradliwych ponętę!
Za każdą świeżą z ręki wroga raną
Zawsze twe imię wracało przeklęte
I zamrażało żywsze serc porywy
Krzykiem zwątpienia i bojaźni mściwej.

Z twoich doświadczeń czerpano nauki
I niewolnicze wysławiano cnoty;
Gaszono skrzętnie święty żar, dopóki
Męskim zapałem tchnęła pierś heloty,
Sądząc, że lekiem najlepszym na rany
Jest gwałt polskiemu uczuciu zadany.

Za twoje grzechy Polskę z mieczem w dłoni
Z szat obnażono jak jawnogrzesznicę
I urągano, że praw swoich broni,
I z ran szydzono, i plwano jej w lice,
I z czci ją chciano odrzeć do ostatka,
Jakby to była nie ich własna matka!

Wszystko to w spadku zostało po tobie:
Grzeszne ofiary i grzeszniejsza skrucha,
Bunt tych, co widząc mdlejące już ciało,
Śmieli doradzać samobójstwo ducha,
I więzy, które mocniej się nam wpiły,
I łzy palące... i wstyd... i mogiły...

A jednak pamięć obchodzimy twoją,
Jak ci, co dawno z niedolą zbratani,
Nieszczęściu w oczy spojrzeć się nie boją
I nawet z ciemnej wynoszą otchłani
Tę nieśmiertelną nadzieję, co z dala
Pracę pokoleń wiąże i utrwala.

My obchodzimy twą rocznicę smętną,
Bo dawnych zwycięstw święcić dziś nie śmiemy;
Niewolnik, hańby swej noszący piętno,
W rocznicę chwały ojców stoi niemy,
A tylko ta mu droga jest i święta,
W której sam skruszyć chciał krzywdzące pęta.

My obchodzimy w twym żałobnym święcie
Najbliższą z naszych dziejowych pamiątek
I rycerskiego rapsodu zamknięcie;
Tego rapsodu, co jak krwawy wątek
Przebiegał dziejów pogrobowych kartę,
Zbrojąc wciąż serca pokoleń uparte.

Boś ty nie przyszedł jako klątwa nieba,
Ani nie spadłeś jak grom niespodzianie,
Lecz jak duchowa narodu potrzeba,
W krwawej wypadków wypłynąłeś pianie,
Aby ostatnim orężnym protestem
Zapisać w dziejach nieśmiertelne: Jestem!

Ty byłeś dzieckiem ostatnim epoki,
Która tradycję przechowując żywą,
Z dumnej przeszłości czerpała swe soki,
I wolnych marzeń snując wciąż przędziwo,
Ku zmartwychwstaniu stale naprzód biegła
Tak jeszcze bliska... a tak już odległa.

Nad tą epoką jaśniał jeszcze w górze
Duch niepodległej ojczyzny widomy,
Jeszcze francuskiej rewolucji burze
Świat wstrząsające rozrzucały gromy,
I biła na nią krwawych świateł fala
Z wojennych ognisk małego kaprala.

To pokolenie, które wówczas wzrosło,
Dni Listopada było niedalekiem,
I swoich ojców rycerskie rzemiosło
Z krwią wzięło w spadku i wyssało z mlekiem
Żywą tradycję krótkiej zwycięstw chwały
I majestatu Polski zmartwychwstałej.

W cudownej przed nim spływały legendzie
Postacie wodzów, strojne w liść wawrzynu,
Wieszczów krwawiących swe piersi łabędzie
I męczenników rwących się do czynu
Więzienia, groby, szubienice, krzyże
I śnieżna, mroźna otchłań na Sybirze...

Więc silniej każde uderzało tętno,
I klątwa wieszczów na grunt padła żyzny,
Budząc gniew, zemstę i boleść namiętną
Nad poniżeniem i hańbą ojczyzny.
I wszystkie serca zbroiły się harde,
W niewolniczego żywota pogardę.

Jeszcze ten łańcuch duszącej niewoli
Nie zatamował męskiego oddechu,
Jeszcze męczeńskiej naszej aureoli
Nie tknęło błoto urągań i śmiechu,
I pokutnicze nie straciły tłumy
Ostatnich błysków narodowej dumy.

Nie było nawet podówczas w zwyczaju
W dyplomatycznej ślizgać się zabawce,
W lada koniuszym lub dworskim lokaju
Zaraz ojczyzny upatrywać zbawcę,
I tym, co jawnie wyparli się Polski,
Dawać na kredyt mandat apostolski.

Kiedy kto z wrogiem chciał wchodzić
w konszachty
I stawiać złote zjednoczenia mosty,
Nie powiadano w gronie braci szlachty,
Że to mąż stanu, lecz że zdrajca prosty,
I nie wróżono nowej szczęścia ery,
Widząc na piersiach błyszczące ordery.

Jeszcze przybierać nie umiała Polska
Postaci gadu, co się u stóp czołga;
Wolała, żeby w drodze do Tobolska
Trupy jej synów unosiła Wołga,
Wolała ponieść ofiary najkrwawsze,
Niżby się miano wyprzeć jej na zawsze.

O! Wtedy jeszcze nurtem tajnych koryt
Płynęły na świat idealne mary
I nadawały cudowny koloryt
Tkanej przez losy przędzy życia szarej,
A na niebiosach jaśniał blask nadziemski,
Niby wschodzącej znów gwiazdy betlemskiej.

Męki wygnania, tęsknoty sieroctwa
Tonęły w wielkim mistycznym zachwycie;
Sny mesjaniczne, natchnione proroctwa
Nad ziemią inne wytwarzały życie,
Gdzie rzeczywistość znikała sprzed oczu
W gwiaździstym, sennym marzenia przeźroczu.

Pamiętam dotąd chwile owych wiosen,
Gdy serca nasze paliła tęsknota,
A bór nam szumem dębów swych i sosen
Śpiewał, jak stary pieśniarz wajdelota,
Rycerskie pieśni dawnej przodków chwały,
Które nas czarem swoim upajały.

Pamiętam dotąd, jak nam szmer strumieni,
Słowików śpiewy, powiew kwiatów woni
I zorza, która błękity rumieni,
I wszystko wkoło wciąż mówiło o Niej,
O nieśmiertelnej, co w grobowcu czeka
Na odwalenie kamiennego wieka...

A w piersiach naszych z każdą chwilą rosła
Miłość bezbrzeżna, wyłączna, jedyna,
Co na swych skrzydłach duszę w błękit niosła,
Jakby do matki stęsknionego syna,
Z wiarą, że w górze poza chmur zasłoną
Ujrzy ją znowu - jasną i zbawioną.

Myśmy ją wszyscy przed sobą widzieli:
Cudowną postać w złotej gwiazd koronie,
W niepokalanej czystości i bieli,
Ze zmaz obmytą przez anielskie dłonie,
Z twarzą podobną do Najświętszej Panny
I blask z swych włosów siejącą poranny.

Każdy ją wieńczył w własnych rojeń kwiaty
I jej piękności odczuwał inaczej;
Każdy w odmienne ubierał ją szaty,
Lecz nikt nie wątpił, iż po dniach rozpaczy
Nadpłynie w blasków różanych powodzi
I swą pięknością cały świat odmłodzi.

Więceśmy ręce do niej wyciągali,
Wołając: Zstępuj z błękitów, królowo!
Krzywdy nędzarzów zważ na prawa szali
I sprawiedliwość wymierz im na nowo,
Zawieś miecz pomsty nad fałszem i zbrodnią
I bądź ludzkości gwiazdą znów przewodnią.

My ci pod stopy ciała swe uścielem,
Abyś stanęła na nich jak na tronie
I praw zgwałconych stała się mścicielem,
Z błogosławieństwem wyciągając dłonie
Ku tym, co cierpiąc niesłusznie skrzywdzeni,
Wzywają ciebie z czyśćcowych płomieni.

My nic dla szczęścia swego, nic dla siebie
Nie pragniem, nawet nie żądamy dożyć
Chwili, gdy z jutrznią zabłyśniesz na niebie.
Chcemy na zawsze w prochu się położyć
I za swe wiano wziąć niepamięć wieczną,
Byłeś Ty jasność rozlała słoneczną.

To wszystko teraz w przepaść się zapadło,
I już przeminął czas rycerskiej służby;
Z błękitów jasne zniknęło widziadło,
Umilkły wieszcze natchnienia i wróżby,
A burza nieszczęść strąciła nam z głowy
Nawet ostatni wieniec nasz - cierniowy.

Śpiewne serc głosy, idealne hasła,
Płomienne słowa, mistyczne zachwyty
Przebrzmiały - lampa cudowna zagasła,
Na ziemię runął ideał rozbity...
I w naszych oczach rozpadło się w gruzy
Tęczowe państwo romantycznej muzy.

Prąd czasu innym popłynął korytem,
Nastała nowa epoka - żelazna,
Która wciąż ziemskim zaprzątnięta bytem,
Niebiańskich widzeń słodyczy nie zazna
I tylko w ziemi wnętrznościach się grzebie,
Zajęta myślą o codziennym chlebie.

Uboga duchem i uczuciem skąpa,
Dokoła cień swój roztacza ponury,
Ciężko po ciałach swoich ofiar stąpa,
I chciwą dłonią szarpiąc pierś natury,
Pragnie zasłonę zedrzeć tajemniczą,
Za coraz nową zdążając zdobyczą.

Choć na chorągwi kładzie prawdy znamię,
I ludzkiej wiedzy skarbnicę bogaci,
Czynami swymi wiecznym prawdom kłamie
I fałsz podaje w misternej postaci,
I jadem zbroi węże i padalce,
By zwyciężały w strasznej o byt walce.

Nastała nowa epoka, z obliczem
Nieubłaganem, lodowatem, chmurnem;
Jej bóg jest owym, nie wzruszonym niczem,
Pożerającym swe dzieci Saturnem,
A jej religia, dziką tchnąca grozą,
Drapieżnej siły jest apoteozą.

Z nową religią nowi są prorocy,
Co słabszym niosąc wyrok unicestwień,
Głoszą królestwo gwałtu i przemocy,
I ewangelię plemiennych rozbestwień,
Jako pociechę wskazując w rozbiciu
Nędzę i nicość - i w śmierci i w życiu.

Pod ich chorągwie spieszą ludzie nowi
Widząc, że wiara przeszłości zawiodła
Urągać czystych poświęceń duchowi,
Kruszyć braterstwa i wolności godła,
Przed złotym cielcem korzyć się tyranii
Panmoskwicyzmu albo pangermanii.

I u nas przyszło nowe pokolenie,
Wpatrzone w ziemię z chłodem i rozwagą,
Pragnące teraz na dziejowej scenie
Odgrzebać z gruzów rzeczywistość nagą,
Podstawę bytu, mniej od dawnej chwiejną,
By na niej znowu budować kolejno.

W twardej nieszczęścia urobione szkole,
Zrzekło się marzeń zdradliwych słodyczy;
Krępuje skrzydła młodości sokole,
W każdym porywie z siłami się liczy
I wchodzi z prądem dziejowym w przymierza,
Biorąc w rachubę instynkt i moc zwierza.

Spragnione prawdy, za nią jedną goni,
Choćby nią miało zatruć czyste zdroje,
Gdyż pragnie świeżej doszukać się broni,
Z którą by mogło przyszłe staczać boje
A w tej pogoni stopą nieoględną
Depcze wawrzyny, co na grobach więdną.

To pokolenie milczące i smutne,
Daleko myślą od dawnych odeszło:
Oskarża serca miłością rozrzutne
I lekceważy ich zasługę przeszłą
Nie wiedząc nawet, ile w niej się mieści
Wielkich poświęceń, cnoty i boleści.

Myśmy przez piękność, sercami odczutą,
W dobra i prawdy chcieli wejść krainę;
A oto kończym nasze dni pokutą,
Zbyt śmiałych lotów opłakując winę...
Nie możem jednak bez goryczy patrzeć,
Widząc, jak chcecie ślad przeszłości zatrzeć.

Lecz chociaż droga nasza się rozchodzi,
A chłód wasz lodem spada nam na serce
My błogosławim wam, rycerze młodzi,
Narodowego długu spadkobiercę,
I na trud przyszłych, mozolnych wyzwoleń
Niesiem życzenia gasnących pokoleń.

Idźcie, jak światła przystoi czcicielom,
Oświecać drogi ludzkiego pochodu
Ku coraz wyższym i jaśniejszym celom!
Szukajcie prawdy dla swego narodu,
Ażeby przez nią posiąść mógł helota
Stracone piękno i dobro żywota.

Lecz wiedzcie: prawda, której wy szukacie,
Jest jak Proteusz kryjący się zdradnie,
Który wciąż swoje odmienia postacie,
Gdy śmiały nurek w głębi go napadnie,
I pokolenia ciekawych żeglarzy
Coraz to nową odpowiedzią darzy...
Adam Asnyk - Różowa chwilka

Różowa chwilka


 
Pięknym jest ten gaj,
Piękną jezior toń,
Pięknym świeży maj,
Co roznosi woń.

Piękny jasny dzień,
Co blask złoty śle,
Pięknym nocy cień
Na błękitów tle.

Piękny cały świat,
Piękny wzdłuż i wszerz,
Piękny każdy kwiat,
Każdy ptak i zwierz.

Piękny słońca wschód
I rumieniec zórz
Świat, jak jeden cud,
Piękny wszerz i wzdłuż.

Szczęście, rozkosz tu,
Szczęście, rozkosz tam;

Piersiom braknie tchu
Czerpać zachwyt sam.

Rozkosz płynie w dal,
Rozkosz płynie w krąg;
Płynie z szumem fal,
Płynie z wonią łąk,

Płynie z dolin, z gór,
Z lasów, wsi i miast,
Z błękitów i chmur,
Ze słońca i gwiazd.

Słodko szumi las,
Słodką nuci pieśń,
Słodko patrzy głaz
Przez jedwabną pleśń.

Drzewa szczęściem drżą,
Drży ich każdy liść;
Drzewa tańczyć chcą,
Chcą powstać i iść.

Zatacza się buk
I cieszy się w głos,
Brzozy aż do nóg
Rozpuszczają włos;

Nawet stary dąb
Przystrojony w bluszcz
Chce się sunąć w głąb
Swawolących puszcz.

Ptaszki nucą tu,
Ptaszki nucą tam;
Brak mi w piersiach tchu,
Śpiew ich w sercu mam.

Słychać spoza drzew
W jaśminie i bzie,
Słychać ciągle śpiew:
Ona kocha cię.

Kocha - pluszcze staw,
Kocha - szemrze zdrój,
Kocha - brzęczy z traw
Złotych muszek rój.

Kocha - słówkiem tem
Ziemia wkoło brzmi,
Kocha - wiem już, wiem!
Sama rzekła mi.

Muszę wierzyć jej,
Bo mi rzekła: Wierz!
Słońce, ty się śmiej,
Ziemio, ty się ciesz!
Róży imię ma,
Różą jest jej twarz;
Kiedy rączkę da,
Różę w sercu masz.

Nie wiem, jak się stał
Cud niebieski ten;
Jednak to nie szał,
Prawda to - nie sen!

Kocham - rzekła w głos
Płonąc jako świt;
Z ócz jej krople ros
Biegły gasić wstyd.

Kocham - szepnie znów,
A tuż za nią w ślad
Oddźwiękiem tych słów
Zabrzmi cały świat:

Kocham - śpiewa bór,
Kocham - woła głaz,
Kocham - echo gór
Odpowiada wraz.

Kocham - słówko to
Śle tysiące brzmień
I tęczową mgłą
Barwi jasny dzień.
W słońca blasku drży
Lecąc w światów toń,
Dźwięczy, lśni się, skrzy
I roznosi woń.

Na błękitów tle
Płonie ogniem zórz
I w powietrze śle
Słodki zapach róż.

I zakwita wschód
Jak różowy kwiat
Świat jak jeden cud,
Piękny boski świat!
Adam Asnyk - Sen grobów (epilog)

Sen grobów (epilog)


 


O, jakże trudno pierzchłe już obrazy
Do życia z sennych krain przywoływać!
I jakże smutno ciemne duchów skazy

Z zasłony, którą śmierć rzuca, odkrywać,
I po przepaściach łowić epos bladą,
I co zawiera męki, odgadywać!

Czyż się nie cofnąć raczej przed gromadą,
Co winy swoje w inne światy wlecze,
I gdy się żywi do spoczynku kładą,

Jeszcze w ciemnościach gdzieś krzyżuje miecze?
Czyż nie zamilknąć przed żyjących rzeszą,
Co mniemać będzie, że wraz z nią złorzeczę?

Świat ten tak dziwny! I ludzie się śpieszą
Zetrzeć czym prędzej ślad krwawej areny;
To, w co wierzyli wczoraj, dziś ośmieszą,

I co dzień nowej potrzebując sceny,
Trupa przeszłości ze wzgardą wywleką,
Na łup zgłodniałe spraszając hieny.

Tymczasem cienie nad letejską rzeką
Kończą tragiczną dramatu osnowę,
Łzy im pod martwą zastygły powieką

I żale swoje wywodzą grobowe,
Bo żyją tylko tym dalekim brzmieniem,
Które przyszłości sny potrąca nowe.

I myślą biedne, że ludzi wspomnieniem
Nieśmiertelności dokupią się mglistej,
Że ta drgająca fala ich imieniem

W krąg się po ziemi rozejdzie ojczystej,
I że im echo wracające powie
O serc pamięci wdzięcznej i wieczystej...

Lecz świat ten dziwny! - Zrzuca szaty wdowią,
Aby zapomnieć prędzej, czym żył wczora;
I klątwą tylko żegnają synowie

Odlatującej ojczyzny upiora,
I dawny ołtarz rozpada się w zgliszcza
Pod jednym cięciem krwawego topora!

Nowy obrządek i nowe bożyszcza
Biorą pokłony spłoszonego tłumu;
Lecz ani boleść, co serca oczyszcza,

Ani jaskrawa pochodnia rozumu
Do wyższych celów zaprzańców nie nagną,
Bo ci śród szyderstw głuszącego szumu

Do swych poziomów wszystko zniżyć pragną.
Tak więc po smutnym przeszłości wyłomie
Zostaje w spadku wielkie tylko bagno.

A kto się twarzą zwróci ku Sodomie,
Tego Bóg w posąg boleści zamienia,
I nad umarłym morzem nieruchomie

Sam pozostanie śród pustyń milczenia,
Dźwigając przekleństw narzucone brzemię,
Co go nimbusem piekieł opromienia.

Śmieszna komedia! - gdzie zwycięzcy strzemię
Całują zgięte na kolanach męże,
I gdzie umarłych nieświęconą ziemię

Plugawią jadem pełzające węże,
I gdzie ostatnia zacność, co nie pada,
Modlitwą nawet niebios nie dosięże!

Więc gdy ostatnie hasło w sercach: zdrada,
Z cmentarnych krzyżów niech pręgierze stawią!
I umęczonych śpiąca już gromada

Niech się nie dziwi, że ich proch zniesławią,
Niech się nie troszczy w chmurach rozpostarta,
Że ich śmiertelnej koszuli pozbawią.

Bo tak być musi. I dziejowa karta,
Co lśniła blaskiem nieuszczkniętych marzeń,
Raz ręką mściwej Nemezis rozdarta,

Walać się musi w błocie ziemskich skażeń,
Aż ją znów przyszłość podniesie zwycięska
I w krwi umyje anioł przeobrażeń.

Choć się więc skruszy pierś niejedna męska,
Kamienowana u świątyni progu,
Choć grasująca czarnych odstępstw klęska

Szerzyć się będzie w smutnym epilogu:
Nie przekupiony przetrwa prawdy świadek,
Co boleść nasze odda w ręce Bogu.

Ileż to ciemnych ciągnie się zagadek
Przy tym krzyżowym ludzkości pochodzie,
Gdzie wciąż się nowy powtarza upadek,

Co spycha w przepaść jasne duchów łodzie!
Ileż to razy ginące plemiona
Chciały powstrzymać słońce na zachodzie,

By przyszłość w swoje uchwycić ramiona,
Sądząc, że one kończą dzień pokuty,
A jutro błyśnie jutrznia nieskażona!

Próżne złudzenia! Bo ich ślad zatruty
Zostaje w spadku przyszłym pokoleniom:
Ideał starców łamie się zepsuty,

A młódź urąga okrwawionym cieniom;
I gdy ma nowe gonitwy poczynać,
Kłamstwo zadaje przeszłości natchnieniom.

Więc znowu trzeba boleć i przeklinać,
Trzeba ukochać jaką nową marę,
I nowe tęcze na niebie rozpinać,

Wątpić i wierzyć, i znów tracić wiarę.
A po pielgrzymce męczącej i długiej
Minotaurowi znów złożyć ofiarę.

Ha! gdyby znalazł się Tezeusz drugi,
Co by odszukał labiryntu wątek
I spłacił za nas zaciągnięte długi,

I dał nam w ręce rapsodu początek
Możeby jeszcze było stworzyć z czego
Dziwną krainę marzeń i pamiątek!...

Lecz tak - co robić?... Życzę snu dobrego
I tej odwagi, co zdrajcom przystoi...
A sam do grobu wracam splamionego

Jak upiór w dawno zardzewiałej zbroi,
Któremu serce trza odjąć i głowę,
Aby nie straszył tłuszczy, co się boi.

Adam Asnyk - Rezygnacja

Rezygnacja


 




Wszystko skończone już pomiędzy nami,

I sny o szczęściu pierzchły bezpowrotnie;

Wziąłem już rozbrat z tęsknotą i łzami,

I żyć i umrzeć potrafię samotnie.


Dziś nic z mej piersi skargi nie dobędzie,

Nic jej nie przejmie zachwytem lub trwogą:

Nie wyda dźwięku rozbite narzędzie,

Pęknięte struny zadrżeć już nie mogą.


Nie ma boleści, co by mnie trwożyła,

Bo dzisiaj nawet w własny ból nie wierzę;

Ogniowa próba dla mnie się skończyła,

I do cierpiących więcej nie należę.


l żadne szczęście ziemskie mnie nie zwabi,

Żebym się po nie miał schylić ku ziemi...

I żaden zawód sił mych nie osłabi:

Przebytą męką panuję nad niemi.


Światowych uczuć nicość i obłuda

już mnie nie porwie swym chwilowym szałem:

Przestałem wierzyć w te fałszywe cuda,

Więc i zwątpieniu ulegać przestałem.


Z całego tłumu zmyślonych aniołów,

Połyskujących tęczą swoich skrzydeł,

Została tylko szara garść popiołów

I wiotkie nici porwanych już sideł.


Dziś jeden tylko duch mi towarzyszy,

Co rezygnacji nosi ziemskie miano;

On wszystkie burze na zawsze uciszy

I da mi zbroję w ogniu hartowaną.


W tej zbroi przejdę przez świat obojętnie,

Surowe prawdy życia mierżąc wzrokiem,

Ani się gniewem kiedy roznamiętnię,

Ani się ugnę przed losu wyrokiem.


Patrząc się z dala na kłamliwe rzesze,

Na ich zabiegi o błyskotki próżne,

Kamieniem na nie rzucić nie pośpieszę

I pobłażania jeszcze dam jałmużnę.


Niech się więc kończy owa sztuka ładna,

Co się zwie życiem, w cieniu cichej nocy,

Bo żadna rozpacz i nadzieja żadna

Nad mojem sercem nie ma już dziś mocy!

Adam Asnyk - Przed jutrem

Przed jutrem


 
Trudno bez żalu patrzeć na zagładę
Dawnych form bytu, do których przywykły
Oczy ł serca, tak zatrzymać rade
Na fali czasu cień przeszłości nikły.

Trudno nie boleć widząc, jak zamiera
To, z czym za młodu byliśmy związani...
Jak naszych uczuć, naszych dążeń sfera
Powoli w ciemnej nurza się otchłani.

Lecz boleść nasza z dniem się kończy naszym
I pośród świata długo nie zagości,
I rozpaczliwą skargą nie odstraszym
Tryumfalnego pochodu przyszłości.

Przyszłość ma prawa silniejsze i przed nią,
Ustąpić musi teraźniejszość zwiędła,
Chociaż chce chwilę przedłużać poprzednią
I trwać w postaci, w jaką się oprzędła.

Próżno się czepia obumarłych tkanek
I w nich kształt przyszły więzić się wysila;
Z martwej powlókł w nowy życia ranek
Przyszłość na skrzydłach wyleci motyla..

Świat zrzucić korę zbutwiałą pospiesza,
Bo ją rozsadza młoda, silna zieleń;
Nienarodzonych niezliczona rzesza
Z niecierpliwością czeka chwili wcieleń.

Nowe uczucia, myśli, ideały,
Nowe kierunki, nowe formy istnień
Ćwiartują łona, co je zrodzić miały,
Aby przyspieszyć dzień urzeczywistnień.

Ci, którzy patrzą na dzisiejszy przełom
Pod nowych haseł i dążności wodzą,
Muszą złorzeczyć bezlitosnym dziełom,
Którymi dzieci w pierś macierzy godzą.

Musi ich trwożyć ten szalony zamach,
Który pozornie zrywa wszystkie węzły
I w zacieśnionych nie mieści się ramach
Pojęć, co w martwym zastoju uwięzły.

A przecież cała ta burzliwa siła,
To zawsze tylko ciąg przeszłości dalszy;
W jej łonie dawno jako zaród tkwiła,
Pragnąc osiągnąć rozwój doskonalszy.

Więc choć się zwraca przeciw swej macierzy
I straszy ojców swym potwornym licem,
Do pnia wspólnego pokoleń należy
I dawnych prądów prawym jest dziedzicem.

Gdy się na światło dobędzie z ukrycia,
Spadnie z niej kształtów pierwotnych ohyda
I pojednana z warunkami życia,
Świeża latorośl świeże kwiaty wyda.

I to, nad czego boleliśmy stratą,
Znów odświeżonym zajaśnieje bytem;
Łącząc przeszłości spuściznę bogatą
Z nowych porywów młodzieńczym rozkwitem.
Adam Asnyk - Prośba

Prośba

 

 





O mój Aniele, ty rękę
Daj!
Przez łzy i mękę,
Przez ciemny kraj,
Do jasnych źródeł ty mnie doprowadź;
Racz się zlitować!


Serce me zwiędło jak marny
Liść;
Wśród nocy czarnej
Nie wiem, gdzie iść,
I po przepaściach muszę nocować,
Więc ty mnie prowadź.


To, com ukochał, com tyle
Czcił,
Zdeptane w pyle
Padło bez sił;
Rozpacz i hańbę widząc po drodze,
Stanąłem w trwodze.


Widziałem zbrodni zwycięski
Szał,
Widziałem klęski
Duchów i ciał;
Więc obłąkany boleścią, chodzę
We łzach i trwodze.


I nie wiem teraz, w co wierzyć
Mam,
Jak dzień mój przeżyć
W ciemności, sam;
Nie wiem, czy zdołam wytrwać niezłomnie,
Więc ty zstąp do mnie!


Lękam się zstąpić z wątpieniem
W grób
I z utęsknieniem
Do twoich stóp
Chylę się z prośbą i nieprzytomnie
Wołam: zstąp do mnie.


Pokaż mi tryumf w przyszłości
Dniach,
Tryumf miłości
Kupiony w łzach,
I ludu mego zwycięstwo jasne
Pokaż, nim zasnę!


Pokaż mi ciszę wschodzących
Zórz,
Zmartwychwstających
Królestwo dusz,
A dbać nie będę o szczęście własne,
Spokojny zasnę.

Adam Asnyk - Pożegnalne słowo

Pożegnalne słowo

 

O drogę moję pytasz się i zżymasz,
Że ta wykracza poza słońc twych sfery.
Nie chcę cię łudzić; widzisz: jestem szczery,
Nie pójdziesz za mną, lecz mnie nie powstrzymasz.
Gdzie świat mój? słońce? gdzie jest moja meta?
Może meteor błędny, nie kometa,
Chwilę nadziemskie olśniwszy etery,
Zgasnę w ciemnościach, więc imię me wymaż
Z listy twych bratnich planet, co bez końca
Kręcić się będą koło swego słońca.
Może kataklizm straszny mnie tam wiąże
Z nieznajomego biegunami świata,
Może fatalizm pcha mnie, a zatrata
Jedynym kresem, do którego dążę;
Na cóż mi wiedzieć, gdy wytknięta droga?
A resztę zdałem na los czy na Boga.

 

Jam już zmęczony tą ciągłą gonitwą,
W której co chwila duch mój łamał skrzydła,
Nic mogłem niebios przejednać modlitwą,
A Syzyfowa praca mi obrzydła;
Nie chcę już ducha okiełznać w wędzidła
Jak niesfornego rumaka przed bitwą,

By zwyciężonym powrócić z wyłomu,
Unosząc hańbę do pustego domu.

Ach! w tej bezbrzeżnej pustyni dla ducha
Nie ma gdzie widzeń swoich ucieleśnić!
Więc chociaż serce jak wulkan wybucha,
Samotne musi wieczność gniewu prześnić
I do grobowców przywyknąć milczenia,
Nim znajdzie w prochach ciszę zakończenia.

 

Wolę więc, pełen pogardy i wstrętu,
Odwrócić moje obłąkane oczy -
Od tego lądu próżnego lamentu,
Od tej przyszłości, którą robak toczy,
I zapatrzony w mój ideał biały,
Stać jako posąg na ból skamieniały.

 

A kiedy słońce gasnące oświeci
Ostatni dzień mych marzeń i upadek,
Sam swojej hańby i rozpaczy świadek,
W milczącą przepaść duch się mój rozleci
I nie zostawi dla was nic po sobie,
Co byście mogli lżyć litością w grobie.

Adam Asnyk - Pod stopy krzyża

Pod stopy krzyża

 
Dużo cierpiałem lecz koniec się zbliża
Z uspokojeniem po przebytej męce -
Pójdę, o Chryste, do stóp twego krzyża
Wyciągnąć znowu z utęsknieniem ręce
I witać ciszę zachodzącej zorzy,
Która mnie w prochu u stóp twych położy!

Nie pomnę modlitw, com niegdyś ze skruchą
Przy boku matki powtarzał niewinny
Te utonęły w fali życia głucho,
I odkąd w gruzy padł mój raj dziecinny,
Odkąd mi zabrakło ojczyzny i domu,
Nie otworzyłem mej duszy nikomu!

Nawet przed Tobą, nie mogłem, o Panie,
Wydobyć płaczu z mej piersi ściśniętej,
Bo wzrok mój padał w bezdenne otchłanie,
A tyś mi zniknął na krzyżu rozpięty,
Spośród pokoleń rozrzuconych kości,
Za ciemną chmurą krwi, łez i nicości

Ręką ziemskiego dotknąłem się błota,
Widziałem zbrodnie, nie widziałem kary,
Oprócz boleści i nędzy żywota
Nic nie znalazłem, i zbrakło mi wiary,
I dalej w ciemność poszedłem z rozpaczą,
Zazdroszcząc ludziom, co na globach płaczą

Widziałem trwogę i niemoc konania,
Widziałem duchów hańbę i upadek -
Lecz nie widziałem nigdzie zmartwychwstania,
I próżnych męczeństw przerażony świadek,
Patrząc na niebo, co nigdy nie dnieje,
Straciwszy wiarę, straciłem nadzieję

Kochałem jeszcze biedne ludzkie cienie,
Które na stosach palą się i świecą,
Myślałem bowiem, ze biegnąc w płomienie,
Wiedzą przynajmniej, dlaczego tam lecą,
I, że przyjmując każdy ból i ranę,
W piersiach anielstwo noszą nieskalane.

Lecz gdym obaczył, skąd tu wszystkie czyny
Swój tajemniczy początek wywodzą;
Skąd wyrastają ściekłe krwią wawrzyny,
Gdzie upadają ci, co w niebo godzą,
I gdy wnikając w serc zranionych ciemność,
Za każdym bólem znalazłem nikczemność,

Natenczas miłość stała się podobną
Do nienawiści smutnej i posępnej,
I przeklinałem tę rzeszę żałobną,
I pogardzałem nimi - sam występny...
I mścić się chciałem za gorycz zawodu,
Żem nie mógł kochać jak dawniej za młodu.

Tak więc w mej duszy zburzonym kościele
Została straszna pustka i samotność,
Sam jako nędzarz zostałem w popiele
I własną badać zacząłem przewrotność,
I wszystko w sobie znalazłem to samo,
Co mi się zdało być u drugich plamą.

Wszystkie pragnienia nędzne, brudne, liche,
Co kłamią tylko pozór wyższej cnoty,
Olbrzymią nicość i olbrzymią pychę
Znalazłem na dnie swej własnej istoty,
I tak swe serce rozpoznawszy chore,
Straciłem w sobie ostatnią podporę.

Lecz ta upadku właśnie ostateczność,
Co mnie w bezdennej pogrążyła nocy,
Dała, mi poznać wszechwładną konieczność
Wyższej a razem nieskończonej mocy.
I moja rozpacz szalona i trwoga
Świadczyła jeszcze o potędze Boga.

Na mojej piersi spoczywał schowany
Maleńki krzyżyk ze słoniowej kości:
Świadek młodzieńczej wiary nieskalanej,
Dar macierzyńskiej najczystszej miłości,
Co przetrwał wszystkie burze i szaleństwa
Znakiem cichego, boskiego męczeństwa.

Kiedy go teraz na piersi zbolałej
Po latach tylu znalazłem niewierny,
Tak mi się wydał znowu jasny, biały,
Taki potężny i tak miłosierny,
Że znów tęsknotą zadrżało mi łono
Za tą postacią tyle uwielbioną!

I powitałem światło wiecznie nowe
Z tych jasnych ramion krzyża tryskające,
I na skrwawione stopy Chrystusowe
Tak samo lałem moje łzy gorące,
Jak wówczas, kiedym poił serce młode,
Patrząc na mistrza nadziemską pogodę.

I znów słyszałem te boskie wyrazy:
"Chodźcie tu do mnie wy, którzy cierpicie,
Chodźcie tu do mnie leczyć ziemskie zmazy,
We mnie jest spokój i we mnie jest życie,
Nie plączcie próżno na świeżej ruinie,
Wszystko przemija, prawda nie przeminie!"

Więc posłuchałem słodkiego wezwania -
I oto idę z mym sercem schorzałem,
I pewny jestem twego zmiłowania,
Bom wiele błądził, lecz wiele kochałem,
I drogi życia przeszedłem cierniste...
Więc Ty mnie teraz nie odepchniesz, Chryste!
Adam Asnyk - Pobudka

Pobudka

 

Precz ze zwątpieniem, co łamie
I męskich pozbawia sił!
Niech targa skrwawione ramię
Łańcuch, co w ciało się wpił.

Precz z małoduszną rozpaczą!
Nie wolno rozpaczać nam!
Niech myśli zuchwale skaczą
Do niebios zamkniętych bram!

Niech biegną jak hufce zbrojne
I sztandar rozwiną swój,
Niech spieszą na świętą wojnę,
Na wielki o prawdę bój.

Niechaj nas klęski nie straszą,
Niech hasło bojowe brzmi:
Za naszą wolność i waszą!
Za przyszłych braterstwa dni!

Choć jeden za drugim pada
Z czcicieli duchowych zórz,
Choć przemoc, odstępstwo, zdrada
W ich łonie zatapia nóż,

Choć twierdza w gruzy się wali,
Choć płonie nad głową dom
Nie dajcie, zakuci w stali,
Przystępu rozpaczy łzom!

Lecz oręż dobrawszy świeży,
W obronie człowieczych praw,
Ostatnia garstko rycerzy,
Do końca swe czoło staw!

Duch ludzki wszak nie na wieki
W krwiożerczych zatonął snach
I szydząc z jutrzni dalekiej
Uwielbił przemoc i strach.

Nie zawsze narodów pycha,
Bezmyślna władania chuć,
Przed siłą ugnie się cicha,
By w oczy ofiarom pluć.

Nie zawsze, na cudze chciwa,
Będzie wśród przekleństw i skarg
Kuć drugim kajdan ogniwa,
Aż własny zakuje kark.

Powoli światło się wciska
I dalej posuwa w głąb...
A jak Jerycho w zwaliska
Od dźwięku runęło trąb,

Tak runie w świetlanej zorzy
Więzienia ponury gmach...
I ludzkość oczy otworzy
Po przykrych zbudzona snach.

Więc w naszym krwawym pochodzie
Zwątpienie i rozpacz precz!
Ze szczęściem ludzkości w zgodzie
Uchwyćmy duchowy miecz.

Chociaż nas wrogi opaszą,
Niech hasło bojowe brzmi:
Za naszą wolność i waszą!
Za przyszłych braterstwa dni!
Adam Asnyk - Piosenka pijaka

Piosenka pijaka

 
Na trzeźwo nie mogę żyć!
Więc się upijam od rana
I zawsze z pełnego dzbana
Do nocy wciąż muszę pić;
Za każdym kielichem wina
Piękniejszym staje się świat,
I urok młodzieńczych lat
Wstępować w serce zaczyna.

Zaledwie wypróżnię dzban,
Piosenkę znajduję na dnie,
A ona dźwięczy tak ładnie
Wśród moich samotnych ścian!
Rozjaśnia duszę pogodą
I z serca zdejmuje pleśń,
Wesoła, swobodna pieśń
Fantazję wskrzesza mi młodą;

I słyszę kochanki głos,
Pierwsze miłosne zaklęcia,
I chwytam dzban mój w objęcia,
Padając na flaszek stos -
Zdjętemu błogim marzeniem
Zda się, że wracam znów
Do jasnych młodości snów
Ponad srebrzystym strumieniem!

Po kwiatach sączy się zdrój,
A wietrzyk roznosi wonie,
Pierś ogniem szlachetnym płonie,
Chcę wznowić rycerski bój,
W dobranym braci orszaku -
Ochoczo biegnę na szturm
I słyszę w odgłosie surm:
"Zwycięstwo przy białym ptaku!"

Pośpieszam, co zdąży koń,
I u nóg kochanki klęczę,
Ona z obłoków rwie tęczę
I moję ozdabia skroń;
W rodzinne przychodzę strony
I witam rzucony dom,
I matki radosnym łzom
Powierzam zdobyte plony...

W pośrodku ojczystych pól...
Lecz tu się sen mój ucina;
Fantazji gdy braknie wina,
Powraca zgłuszony ból -
Każda odnawia się rana -
Na trzeźwo nie mogę żyć...
A więc pozwólcie mi pić
Z mojego pełnego dzbana.
Adam Asnyk - Pierwiosnki

Pierwiosnki

 
Dziewczę pierwiosnki zbierało,
Wesołe piosnki śpiewało,
A głos jej płynął po rosie,
W dalekim ginął rozgłosie.

Śpiewała o młodym maju,
Co się przechadza po gaju;
Jak zima przed nim ucieka,
A on jej grozi z daleka,
Rozrzuca jasność i kwiecie
I tak króluje na świecie.
Śpiewała o tej młodzieży,
Co się dziś bawi w żołnierzy;
Jak ją widziała po błoniu,
Przelatującą na koniu.
Za co się bije, to nie wie,
Lecz dobrze życzy jej w śpiewie.
A dalej o Matce Boskiej,
Co się zjawiła wśród wioski
I ludek ciemny poucza,
Co mu najbardziej dokucza
I kto dla niego jest wrogiem,
I kto odpowie przed Bogiem.
Śpiewała dalej, że z czasem
Stanie lud cały pod lasem
I pożałuje te dziatki,
Co giną jak ścięte kwiatki,
Jako pierwiosnki narodu
Za wcześnie zeszłe wśród lodu.
Lecz przecie śniegi roztają,
Sioła się kwieciem umają,
I lud jak ze snu zbudzony
Stanie dla kraju obrony,
I w wielką zebrany chmarę
Pociągnie za kraj i wiarę.

Kiedy tak śpiewa, zza krzaków
Wypada sotnia kozaków,
I woła oficer dziki:
"Dziewczyno, gdzie buntowniki?
Pokaż nam drogę, dziewczyno,
Niech te psy marnie wyginą!"
"Bóg cię ukarze, Moskalu -
Odpowie dziewczyna w żalu -
Że na krew ludzką tak chciwy
Krwią zlewasz spokojne niwy
I smutne kładziesz pokosy
Zabitych na leśne wrzosy...
Ja nie wiem, co to za jedni,
Lecz znałam w wiosce sąsiedniej
Matki okryte żałobą,
Więc ich nie zdradzę przed tobą".

Słysząc to starszy z siepaczy
Dobył janczarki kozaczej
I kulą posłał jej z dala
Odpowiedź godną Moskala.

A twarz dziewczyny pobladła,
U stóp leszczyny upadła,
Krwią się pierwiosnki oblały,
Na ustach piosnki skonały.
Adam Asnyk - Oświadczyny

Oświadczyny

 
Wziął frak na siebie, rękawiczki nowe,
Stanął przed lustrem przyjrzeć się krawatce,
Z dumą nałożył kapelusz na głowę
I rzekł: Dziś trzeba oświadczyć się matce.
Matka mój talent umie sobie cenić,
Panna mi sprzyja... trzeba się ożenić!

Nie mogę żywić najmniejszej obawy:
Mile widziany byłem od początku,
Mam przecież dużo, bardzo dużo sławy
I wiele zalet... wprawdzie nic majątku,
Lecz czyż ten kruszec ma stać na przeszkodzie
Sercom, co biją w idealnej zgodzie?

O pana nawet troszczyć się nie warto
Stracił biedaczek w domu władzę wszelką.
Pani rzecz główna... a ta jest zażartą,
Stałą talentu mego wielbicielką.
Wszak rzekła, prac mych dokończywszy tomu:
Jakie to szczęście miewać pana w domu!

Skończył monolog i pobiegł ulicą
Pełen otuchy, nucąc jakąś śpiewkę,
I już przed znaną stanął kamienicą,
Gdy nagle dostrzegł rozdartą podszewkę...
Lecz nie chciał czasu tracić, a wiec tylko
Rozdarte miejsce zręcznie zapiął szpilką.

Zastał, jak pragnął: i córkę, i matkę,
Siedzące obie w swoim saloniku;
Panna robiła właśnie jakąś siatkę,
Pani bębniła palcem po stoliku
Tonąc w zadumie; lecz choć zadumana,
Spostrzegłszy gościa, rzekła: Witam pana.

Usiadł na krześle i zaczął rozmowę,
Lecz się zająknął zaraz na początku,
I chociaż piękną przygotował mowę,
Nie mógł odnaleźć swoich myśli wątku
I coraz bardziej plątał się rumieniąc,
Jakby przeczuwał, co to znaczy pieniądz.

Pani na niego patrzała z zdziwieniem
I coraz większą przybierała godność;
Panna go także mierzyła spojrzeniem,
A choć w jej wzroku mógł dojrzeć łagodność,
Nic nie pomogło: matki dostojeństwo
Ciężyło nad nim ciągle jak przekleństwo.

Czuł, jak pod owym wzrokiem przenikliwym
Całą swą wielkość traci poetyczną;
Czuł, jak jest małym, nędznym, nieszczęśliwym,
A ona wielką i majestatyczną;
Więc opuściwszy wstępy i prologi,
Na oślep matce rzucił się pod nogi.

Ja pannę Julię, szepnął, kocham dawno
I chciałem właśnie prosić o jej rękę.
Mówiąc to minę miał bardzo zabawną:
Znać na nim było, jaką przeszedł mękę.
Pani z litością odrzekła: Ach szkoda!
Lecz moja Julcia jest jeszcze za młoda.

Tu panna chustkę podniosła do nosa
Na łzy czekając, co popłynąć miały;
Lecz matka na nią spojrzała z ukosa
Mówiąc: Juleczko, gdzieś mi się zadziały
Moje robótki... poszukaj w sypialni,
Pewnie gdzie leżą w mojej gotowalni.

Tak wyprawiwszy córkę, do poety
Znów się odezwie: Niechaj mi pan wierzy,
Że umiem pańskie ocenić zalety
I że go zawsze szacuję najszczerzej,
Ale, Bóg widzi, pańskiej propozycji
Odmówić muszę. - Pan nie masz pozycji.

Jak to? zawołał uniesion zapałem,
Wszak moje imię w świecie dużo znaczy;
Na stanowisko ciężko pracowałem,
Lecz je mam wreszcie... Niech mi pan przebaczy,
Przerwała matka, takie stanowisko
Nasz świat dzisiejszy ceni bardzo nisko.

Sam mi pan przyznasz, że ci literaci
Jest to zazwyczaj najgorsza hałastra.
Wszak z nimi ludzie nie żyją bogaci?
Poeta westchnął: Sic itur ad astra!
A pani, trochę łaciną zmieszana,
Rzekła: Ja tego nie mówię do pana.

Pan Julcię kochasz... jak człowiek szlachetny
Musisz ofiarę zrobić z swej miłości.
Mam właśnie dla niej mariaż bardzo świetny,
Co jej zapewni cały los w przyszłości...
Chociaż jesteśmy panu z mężem radzi.
Przez wzgląd na Julkę chciej pan bywać
rzadziej...

Wziął za kapelusz patetycznie, wzniośle;
Skłonił się milcząc i wyszedł czym prędzej.
Aż na ulicy zawołał: O ośle!
Pisujesz wiersze i nie masz pieniędzy,
I te śmiertelne nosząc grzechu plamy,
Chciałeś otrzymać zezwolenie mamy?

Dobrze ci teraz!... Szkoda tylko panny.
Jeszcze mi w oczach stoi ten jej smutek
I ten wzrok tęskny, łzawy, jakby szklanny;
Byłaż to miłość, czy kataru skutek?
To wieczną dla mnie zostanie zagadką!
Katar rzecz zwykła, a miłość jest rzadką.

Gdybym był dawno serca nie roztrwonił,
Musiałbym teraz z rozpaczy umierać.
Ale tak... będę smutkowi się bronił...
Trzeba się jeszcze w świecie poniewierać.
Życie poety - to korona z cierni!
Westchnął - i poszedł na poncz do cukierni.
Adam Asnyk - Opowieść ducha...

Opowieść ducha...

 
Opowieść ducha spisana
na posiedzeniu spirytystów
w dniu 31 grudnia 1893 roku


Za życia byłem sceptykiem,
Po śmierci jestem nim jeszcze -
Za karę w nodze stołowej się mieszczę
I muszę poruszać stolikiem.

Strasznie zostałem skarcony,
Żem w spirytystów nie wierzył -
Zaledwiem bowiem żywot ziemski przeżył,
Diabeł pochwycił mnie w szpony.

I zawlókł w ciemne czeluście,
Gdzie w ognia i siarki dymie
Ujrzałem tłumy narodu olbrzymie,
Tłok taki jak na odpuście.

Widok, wyznaję to szczerze,
Był jednym z wspanialszych w świecie,
Trudno piękniejszy napotkać w balecie
Lub w fantastycznej operze.

Wszystko tam było prześliczne:
Bengalskich ogni bez miary,
Zielone, krwawe. błękitne pożary,
Wybuchy zórz elektryczne.

Harmonia straszna i dzika,
Klątwy, krzyk, jęki, zgrzytanie
Dysonansami zalały otchłanie,
Jak wagnerowska muzyka.

W płomieniach biedaczki dusze
Pocą się, smażą i skwierczą,
Wśród nich szatani chichoczą szyderczo,
Dziwne zadając katusze.

Te rozdzierają w kawałki,
Tamtej pakują w brzuch widły,
Innej znów w gardło kłąb gadzin obrzydły
I zdrój płonącej gorzałki.

Tu jakąś postać opasłą,
Co rączki składa pobożnie,
Na złotym z wolna obracają rożnie
I roztapiają na masło.

Tam dusze nadęte gniotą
Pod hydrauliczną maszyną...
Cudze łzy z wnętrza obficie im płyną
I pozostaje z nich błoto.

Tam znowu poety marę
Karmią wierszami własnemi
I wszystkie głupstwa, co pisał na ziemi,
Pchają mu gwałtem za karę.

Straszliwa nad wyraz męka,
Próżno się dławi i krztusi,
Te same brednie wiecznie łykać musi,
Choć nieraz jak bomba pęka.

Gdzieniegdzie orgia szalona,
Bezwstydne gody upiorów...
Świecą łby łyse dumnych senatorów
I nagie tancerek łona.

Aż któryś z szatanów bryźnie
Wiaderkiem gorącej smoły,
W ropuchy orszak zmienia się wesoły
I wszystko tonie w zgniliźnie.

Dworacy parami tańczą
Przed tronem u Lucypera,
Każdy językiem proch ze stopni
Ściera z giętkością wiernopoddańczą.

Co chwila ten lub ów dworak
Pod nogą gruntu nie spotka,
Stoczy się w otchłań, gdzieś do piekieł środka,
Na zawsze przepadł nieborak!

Kiedy oglądam te dziwy
I wkoło ciekawie patrzę
Sądząc, że w loży zasiadam w teatrze,
Czart do mnie zdąża straszliwy.

W ręku wężowy bicz niesie
I wstrząsa groźne narzędzie,
I prosto na mnie zamierza się w pędzie,
Więc ja do niego: "Mój biesie!

Próżno wężami byś chłostał,
Wątpię, by to mnie bolało,
Wszakże na ziemi zostawiłem ciało...
Sceptycyzm - ten mi pozostał.

Nie patrz się na mnie tak dziko,
Porzuć tę pozę sceniczną!
Bym mógł bez ciała czuć boleść fizyczną,
To się nie zgadza z logiką.

Ta groza piekielnej kaźni,
Którą szerzycie z urzędu,
Biorąc swe źródło z logicznego błędu,
Polega na wyobraźni.

Naiwne duszyczek zgraje,
Które straszycie z rozkoszą,
Sądzą, że różne męczarnie ponoszą,
Cierpią, bo tak się im zdaje.

Lecz mnie przerazić nie zdoła,
Pomimo wszystkich swych zalet,
Ten artystycznie obmyślany balet:
Płomienie, siarka i smoła...

Gdy tak przemawiam do czarta,
A dusze wkoło się kupią,
On pysk rozdziawił z miną śmiesznie głupią,
Że była widzenia warta.

Przez chwilę stał w niepewności,
Nie wiedząc, co ze mną pocznie:
Wreszcie mnie porwał i zaniósł bezzwłocznie
Do tronu szatańskiej mości.

"Z tą duszą kłopot mam - rzecze -
Gdyż twierdzi, iż w braku ciała
Nie będzie męki zadanej cierpiała
I że ją ogień nie piecze.

Z płonącej żartuje mazi
I wszystko mieni kuglarstwem,
Ten nędzny chłystek swoim niedowiarstwem
Całe nam piekło zarazi.

Wychodzi z odwiecznych reguł,
Zdarzenie to nadzwyczajne -
Wszystkie instrukcje, bądź jawne, bądź tajne,
Zbyły milczeniem ten szczegół.

Więc ty, monarcho szatanów,
Co piekłem rządzisz tak mądrze,
Myśl buntowniczą zdepc w samym jądrze,
Karę dla niego postanów."

"Co? - rzeknie piekielny władca -
On się chce rządzić rozumem,
Szczepi niewiarę pomiędzy dusz tłumem?
Ten cynik, ten świętokradca!

Gdy tyle dostojnych osób
Z ufnością smaży się w smole,
On chce w wątpliwość podać piekieł rolę?
Lecz znajdziem na niego sposób."

Spojrzał więc na mnie złowrogo
I rzekł po krótkim namyśle:
"Niech twoje losy będą odtąd ściśle
Związane z stołową nogą.

Będziesz obracał stół wszędzie -
Tak dalej rzecz ciągnął szatan -
Gdzie pierwszy lepszy nieuk lub szarlatan
Do tańca z tobą zasiędzie.

Ktokolwiek tylko się uprze
Z najpospolitszej gawiedzi,
Będziesz zmuszony dawać odpowiedzi
Na zapytania najgłupsze."

"Łaski! - krzyknąłem - ach łaski!
Nie ujdę, jak widzę, kary,
Lecz czyż na wieki mam cierpieć bez miary
W ten sposób nędzny i płaski?!"

Wiedziałem - czart się zaśmieje -
Że ugnę twą hardą duszę,
Lecz gdy cię widzę przystępnego skrusze,
Przeto ci zrobię nadzieję:

Gdy gusła i zabobony
Nie znajdą w świecie czcicieli,
Gdy każdy prawdę od błędu oddzieli
Będziesz od kary zwolniony."

Poznałem, że drwił szkaradnie,
Cedząc te słowa łaskawsze,
I że mi w służbie ciemnych potęg zawsze
Obracać stoły przypadnie.

Wszelkie złudzenia zbyteczne,
Od kary się nie wykręcę,
Nic nie położy kresu mojej męce,
Bo głupstwo ludzkie jest wieczne.
1 | 2 | 3 | 4 |